Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwa IPA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwa IPA. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2017

Proste American IPA | receptura piwa domowego

Klasyk klasyków piwnej rewolucji - American India Pale Ale. Obstawiam, że dla większości piwna rewolucja zaczynała się właśnie od tego rodzaju piw. Czy to Rowing Jack, czy Atak Chmielu, czy któreś z późniejszych, każdy beer geek marzył o cytrusach w zapachu i wykręcającej goryczce. A nic prostszego niż uwarzyć to samemu w domu.

Baza do standardowego AIPA, po kilkunastu różnych próbach, jest u mnie pod względem zasypu prosta jak konstrukcja cepa. Nie bawię się w 4,2358 kg tego, 0,12345 g tamtego. To nie apteka i nie lubię jak mi się resztki słodów walają po domu. Także wszystko dla uproszczenia jest zaokrąglone do pełnych ćwierć-kilówek.

Zasyp:

- słód pale ale 5 kg
- słód pszeniczny 1 kg
- słód Crystal 160 EBC 0,25 kg

Zacieranie:
- słody do 16l wody w temperaturze 72°C
- 75 minut w temperaturze 68°C
- 10 minut mashout w temperaturze 78°C

Filtracja:

- wysładzanie 14l wody o temperaturze 80°C

Po przefiltrowaniu gęstość na poziomie 14°Blg.

Chmielenie:

Tutaj tak naprawdę zaczyna się prawdziwa zabawa przy AIPA. Ja chmieliłem już przeróżnymi odmianami chmielu, na różne stopnie goryczki, różny aromat. Czasami z chmielem na cichą, czasami bez. Daję przykładowe chmielenie popularnymi odmianami chmielu, ale każdy powinien dostosować ją pod swoje upodobania. Żeby ułatwić sobie obliczenie goryczki użyjcie tego kalkulatora.

Przykładowe (około 60 IBU):
- gotowane 90 minut
- 45 minut do końca 10g Mosaic + 10g Citra
- 15 minut do końca 10g Mosaic + 10g Citra + 10g Amarillo
- 7 minut do końca 10g Mosaic + 10g Citra + 10g Amarillo
- 4 minuty do końca 10g Mosaic + 10g Citra + 10g Amarillo
- 2 minuty do końca 15g Mosaic + 15g Citra + 20g Amarillo
- na koniec gotowania 10g Mosaic + 10g Citra + 10g Amarillo

Zachęcam też do chmielenia pojedynczą odmianą chmielu, bo da Wam pojęcie to właściwościach danego chmielu i pomoże na tej podstawie ułożyć swoją ulubioną mieszankę chmielową.

Osobna kwestia to oddzielenie przełomu białkowego i chmielin od brzeczki. Jest tego przy intensywnym chmieleniu naprawdę sporo, a chcemy żeby jak najmniej wylądowało w fermentującym piwie. Także na koniec gotowania zamieszać intensywnie w garze i założyć na koniec rurki do zlewania hopstoper (jak go zrobić będzie osobny wpis, w skrócie najprostszy to duże sitko do parzenia herbaty albo metalowy druciak). A i lejek z sitkiem też się przyda. Chyba, że macie inną metodę, to się nie wcinam, że moja lepsza.

Ekstrakt po chmieleniu około 16°Blg.

Fermentacja:

Drożdże US-05 zadane w 18°C. Później: 18-19°C przez 3 tygodnie. Zlewamy na cichą, dowalając chmielu około 100g-200g i zostawiamy na kolejny tydzień. Nie oszczędzajcie przesadnie na chmielu, w cenie jednej butelki będzie to kilka/kilkanaście groszy, a różnica w końcowym piwie jest znacząca. Nie ma z drugiej strony też co przesadzać, bo od pewnego poziomu nie czuć już różnicy, a piwo może się zrobić trawiaste w smaku.

Butelkowanie:

- Przelać do fermentora z kranikiem z którego będziecie butelkować. Tutaj ponownie rekomenduję użyć hopstopera, żeby oddzielić chmieliny od piwa, tylko dobrze go wysterylizujcie (spokojnie wystarczy wygotować, możecie na koniec do gorącej wody dodać Oxy dla pewności)
- Butelkowanie przy użyciu cukru, 1/5 łyżeczki do herbaty na butelkę. Można też odpowiednią ilość rozrobić i dodać do fermentora przy rozlewie.


Domowe American IPA

Podsumowanie:

Jak wyszło? Jak to American IPA, zależy jakich chmieli użyjecie. Podbudowa jest na tyle standardowa, że ten przepis daje możliwość spróbowania głównie różnych kombinacji w chmieleniu. Zależnie czy będzie to mieszanka, czy single hop, pozwoli Wam to osiągnąć niepowtarzalne efekty. Niska podbudowa słodowa tutaj tym bardziej ma pomóc, nie zagłuszając naturalnych smaków i aromatów z chmielu. Żeby ten efekt podbić, można jeszcze zacierać w nieco niższej temperaturze i np. nie dawać słodów karmelowych idąc w stronę West Coast IPA. Także bierzcie AIPA na warsztat i eksperymentujcie, na pewno warto.

Szukasz więcej informacji o warzeniu piwa w domu? Sprawdź pozostałe wpisy >>>

środa, 4 marca 2015

Kakarotto vs Simcoe, czyli piwna teraźniejszość vs sentymentalne spojrzenie na stare kreskówki

Kakarotto vs Simcoe
Piwo w stylu American India Pale Ale, górnej fermentacji, niepasteryzowane, niefiltrowane.
Producent: Browar Bednary
Ekstrakt 14%, alk. 5,5% obj.
Skład: woda, słody, duża doza sentymentu, chmiele: Cascade i Simcoe, drożdże

W czasach gdy duża część z Was mówiła jeszcze na chleb "beb", a na muchy "tapty", istniały takie instytucje jak salony gier (nie, prawnie nikt nie miał konsol), 5-10-15 (nie, nie sklep z zabawkami dla korpomatek), bary mleczne (nie, nie można było opierdzielić kebsa za każdym rogiem) oraz angielskojęzyczne kanały z kreskówkami.

Właściwie jeden - Cartoon Network. Tak ten kanał, na którym teraz pojawiają się głównie mangookie, bazujące na sprzedaży zabawek i badaniach marketingowych dubbowane pseudokreskówki. W dawnych czasach można było jednak na CN obejrzeć Freda i Barneya, dwóch prehistorycznych kumpli, chowających się w kręgielni przed żonami, oryginalnego Scoobie Doo, który był genialnie, a zarazem prześmiesznie upiorny, czy Cow & Chicken (nie, nie Krowę i Kurczaka, ale do tego przejdziemy za chwilę), czyli jedną z najbardziej pojechanych kreskówek wszech czasów. Nie wspominając o Dexter's Laboratory, Johnym Bravo, Two Stupid Dogs, Saurai Jack'u czy w końcu Dragon Ball'u (głównie w wersji Z i później GT).


Nie, nie oglądaliście? A Kapitana Jastrzębia (popularnie zwanego Tsubasą) oglądaliście? To wyobraźcie sobie, że zamiast zawodnika biegnącego przez boisko w jedną stronę przez 5 odcinków, dwóch super napakowanych mistrzów sztuk walki, trenujących w grawitacji 10x większej od ziemskiej, gada przez dziesięć odcinków czemu w jedenastym wystrzela się po gębie. A teraz wyobraźcie sobie, że było to totalnie ZA JE BI... tak, aż tak świetne :)



Zakładam, że Rafał z Browaru Bednary oglądał Dragon Ball'a Z. Bo nie wyobrażam sobie, że inaczej wrzuciłby na etykietę głównego bohatera czyli Son Gokū (po saiyańsku nazywającego się właśnie Kakarotto). I to w wersji nieżywej. Widzicie tą aureolę wokół VS na etykiecie? Tak, [SPOILER ALERT] Gokū ginie w pojedynku z Cell'em i udaje się w zaświaty... żeby nadal trenować. A Ty sądzisz, że zakwasy po jednej wizycie na siłce to znak żeby zluzować? Ok, to tyle jeżeli chodzi o tło piwa. A jak samo piwo?

Ok, dla mnie trochę za bardzo karmelowe, za mało aromatu jak na AIPA, ale przyznam, że niezła piana. Wpadliście tutaj na recenzję? Jakoś się nie złożyło, sentyment przeważył. Tak to jest na starość.

Kakarotto vs Simcoe

Wracając do starych czasów - czy dzisiaj jest gorzej? Nie, jest lepiej, pod wieloma względami - internet mamy pod ręką i nie kosztuje kroci, przez co mamy prawdopodobnie dostęp do największej wiedzy jaką kiedykolwiek ludzkość widziała. Piwna rewolucja hula w rozmiarach o jakich kilka lat temu można było pomarzyć. Żyjemy w wolnym kraju (tak, wiem, podobno nie) i możemy (teoretycznie) robić co nam się żywnie podoba (oprócz np. napicia się piwa kulturalnie w parku na ławeczce).

Jedno mnie niestety wkurza jeżeli chodzi o posiadanie wiedzy i wolność - powszechna mania tłumaczenia i dubbingu wszystkiego. Kiedyś, jeżeli chciałem obejrzeć... no np. Dragon Ball'a to oglądałem w wersji ENG (bez napisów!) i mocno się musiałem nagłowić, żeby wyciągnąć z kontekstu o co chodzi bohaterom. Czy rozumiałem wszystko? Pewnie, że nie, ale nauczyłem się przez to cholernie dużo. A ułatwianie sobie życie kosztem oryginału wkurza mnie do tego stopnia, że mając ostatnio bilety na Hobbita, wszedłem, zobaczyłem, że jest to wersja z dubbingiem i wyszedłem. No tak głupio się złożyło, że miałem bilety na wersję z dubbingiem. Właściwie to głupio, że miałem bilety na Hobbita.

Dzisiaj tłumaczenie wszystkiego na nasze prowadzi do takich kwiatków jak wilkory w polskim tłumaczeniu Game o Thrones, czy Żmijowe Bękarcice (tak, też z GoT'a). Czy w przeszłości Szklana Pułapka (gdzie szkło skończyło się w pierwszej części). Czy Wirujący Sex. Poza tym jest wiele odniesień, których nie sposób idealnie przetłumaczyć z języka oryginalnego. Również, do furii doprowadzają mnie stwierdzenia w stylu X-Meni, czyli polska liczba mnoga od liczby mnogiej X-Men. Nosz k***, albo X-Men albo X-Mani. Czy nie mówiłem kiedyś Turtlesy, albo Transformersy. Tak, mówiłem, ale człowiek uczy się całe życie. Nauczyłem się, więc może mnie to teraz wkurzać ;)

Także jeżeli nie doszliście jeszcze sami do pointy (nie, nie Pinty) wywodu... pijcie dobre piwo i uczcie się języków. Bo w przeciwnym razie może Was kiedyś spotkać przypadkiem nieprzyjemna sytuacja.




P.S. I jeżeli o mnie chodzi, Gokū nie zasługuje na etykietę piwa ;) Because he's a dick to beer!

wtorek, 27 stycznia 2015

Hopus Pokus czyli czarna magia od czarodziejów z Pinty

Hopus Pokus
Piwo w stylu Black IPA / Cascadian Dark Ale, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Producent: Pinta
Ekstrakt 16,5%, alk. 6,3% obj., IBU 66 (czyli jednak czarna magia ;))
Cena: 6,90 zł (Piwne Rozmaitości)
Skład: woda, słody: Weyermann® pale ale, monachijski typ II, Caramunich® Typ II, Carapils®, Caraamber®, Carafa® Special Typ II; chmiele: Magnum (PL), Simcoe® (USA), Chinook (USA), Cascade (USA); drożdże Fermentis Safale US-05.

Dawno żadnej nowości Pintowej u nas nie było, także nadrabiamy niedopatrzenie ich nową czarującą propozycją. Może trudno w to uwierzyć, ale tacy rewolucjoniści jak Pinta nie mieli dotąd w swoim portfolio zwykłego Black IPA (lub jak kto woli CDA). Mieli co prawda Żytorillo, ale prostego, zwykłego, bez udziwnionych dodatków BIPA na razie się nie dorobili.

Trzeba przyznać, że etykieta w Pintowym stylu, bez fajerwerków, ale dobrze dobrana: czerń piwa i zieleń chmielu oraz fajny smaczek w postaci częściowo znikającego logo Pinty. W składzie zaskakująco obok amerykańskich chmieli, na goryczkę (a być może i na aromat) zastosowano polskie Magnum.

Hopus Pokus | butelka

Jak możecie zobaczyć, po nalaniu piana robi się praktycznie betonowa i w ogóle nie chce opaść. Dolewane na kilka razy, inaczej mielibyście na zdjęciu pół szkła piany. Drobny pęcherzyk, trzyma się elegancko i zdecydowanie ciężko wymóc na niej sztuczkę ze znikaniem. Chyba, że wyjecie łyżką. Gdy już mogłem powąchać piwo porządnie, bez dorabiania sobie dodatkowych wąsów i brwi w kolorze cappuccino, w mój nos buchnęła mieszanka żywicy i cytrusów z delikatną kawą i gorzką czekoladą. Zdecydowanie dominują tutaj cytrusy i cały 'blackness' wychodzi tuta dopiero po lekkim ogrzaniu.

To samo w smaku - piwo jest bardzo IPAowe, czuć głównie cytrusy i żywicę, z lekką podbudową słodów. Dopiero na końcu dołączają lekko palone akcenty. Gdyby dali mi do wypicia z zamkniętymi oczami, nie wiem, czy bym powiedział, że jest ciemne. Czyli tak jak w Cascadian Dark Ale powinno być, w przeciwieństwie do American Stoutu. Całość jest wybitnie pijalna i tutaj sztuczka ze znikaniem zdecydowanie Pincie się udała - w mgnieniu oka w szkle nie ma już prawie nic.

Ocena: 4,5/5

Nowe piwo Pinty oczarowało mnie. Czy jest idealne? Nie. Czy jest się w takim razie do czegoś przyczepić? Też nie. Znakomite, świetnie pijalne piwo. Potwierdza formę Pinty, gdy niektórzy, nawet zasłużeni kraftowcy, kuleją ostatnio ze swoimi piwami. A i plus za udane użycie w składzie polskiego Magnum. Brawo! I czekam na następną warkę z jeszcze bardziej kopiącymi zaklęciami.

czwartek, 23 października 2014

Molly IPA od Doctor Brew

Molly IPA
Piwo w stylu West Coast IPA, górnej fermentacji, niepasteryzowane.
Producent: Doctor Brew Sp. z o.o. (Browar Bartek)
Ekstrakt 16%, alk. 7,1% obj., IBU 95
Cena: 7,90 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda, słód pilzneński, płatki ryżowe; chmiele: Chinook, Centennial, Mosaic, Ella, Topaz; drożdże US-05.

Na wstępie przyznam się bez bicia, gdy zobaczyłem nowe Molly IPA od Doctorów Brew na półce, od razu wziąłem trzy sztuki. Sami zresztą dali znać, że to ich najlepsze piwo. A jeszcze się na nich do tej pory ANI RAZU nie zawiodłem. Ok, były lepsze i gorsze warki (chociażby po świetnej pierwszej warce Cascade'a, druga nie urywała), ale nigdy nie naciąłem się na landrynkowe, utlenione, dmsowe czy jakkolwiek spieprzone piwo. Najwyraźniej aptekarska precyzja procentuje.

Molly IPA to jak na razie najmocniejsze piwo od Doctorów. Nazwa równie mocna co zawartość - molly to potocznie, w pięknym języku Shakespeara, nic innego jak MDMA, czy inaczej ecstasy. W przypadek nie wierzę, panowie Doctorzy w farmaceutykach na pewno są opykani. Kolor napisu na etykiecie też jakiś taki mocno "farmaceutyczny" (linków nie wklejam, ale wygooglajcie sobie). W składzie co prawda nic niestandardowego (poza płatkami ryżowymi) nie ma, ale kiedyś się chwalili, że mają unikalny sposób ekstrakcji substancji smakowo-zapachowych z chmielu. Także teorie spiskowe za 3... 2... 1... ;)



































Zamiast pale ale, w zasypie mamy najjaśniejszy możliwy słód bazowy, czyli pilzneński i płatki ryżowe, żeby go jeszcze dodatkowo rozjaśnić. Molly jest więc bardzo ładną, lekko opalizującą tlenioną blondyneczką. Fryzura z drobnych pęcherzyków trzyma się dobrze, nawet przy wysokiej zawartości alko.

A teraz wyobraźcie sobie wielki worek soczystych, dopiero co obranych grapefruitów, dorzucacie tam jeszcze odrobinę słodkich mango i ananasów. I dla lepszego efektu kilka gałązek sosny. A teraz ktoś bierze ten worek i wali Was nim prosto przez twarz! Czujecie ten zapach? Tak pachnie Molly IPA zaraz po przelaniu. Oblizuje się z ociekającego soku, ale nie ma tam już słodyczy z zapachu, jest przejmujący i wyraźna goryczka skórki grapefruitowej. Do tego jeszcze żywica z gałązek sosnowych. Ogólny cytrusowo-leśny odlot.

Ocena: 5/5

Doctorzy ponownie wychodzą z założenia, że gorzkie lekarstwo działa najlepiej. I z takimi efektami, nie sposób się z nimi nie zgodzić. Przy tym poziomie, narzekania, że to znowu amerykański chmiel, że nuda, są kompletnie nieuzasadnione. Jak na razie, w ogólnodostępnej polskiej dystrybucji, używają go zdecydowanie najlepiej. A mam wrażenie, że i dużą część zagranicy dostępnej u nas mocno koszą. Oby tak dalej panowie!

Notka od autora: Autor w czasie degustacji nie wspierał się żadnymi farmaceutykami przepisanymi przez Doctorów Brew. Spisane wrażenia stanowią subiektywne odczucia skrzywionego na punkcie goryczki hopheada.

poniedziałek, 29 września 2014

Berserker i Rocknrolla czyli świnki dwie na premierze Browaru Kingpin

W Warszawie na premierach piwnych pojawiam się mocno sporadycznie. W celach firmowych  w stolicy jestem dość często, ale jakoś nie mam ostrego parcia, żeby zostawać tam dłużej niż absolutnie muszę. Przed zmierzchem raczej się ewakuuję, więc i nie ma przeważnie czasu na spróbowanie nowych piw. I nie chodzi wcale o to, że w każdym kiosku można kupić miesięcznik "Nasza Legia" - gołą babę to od razu każą na witrynie zasłaniać, a takie zgorszenie leży i nikt się tego nie wstydzi ;) Jakoś po prostu przed naszym narodowym centrum słoikarstwa bronię się rękami i nogami.

W tym odczuciu jestem dość odosobniony wśród moich, kiedyś łódzkich znajomych, więc zdarza się, że na pewnych imprezach muszę w Wawce się pojawić. Tydzień temu padło na urodziny kumpla, a że miał chłopak akurat ćwierćwiecze to trzeba było się stawić. Po dość mało epickich przygodach na autostradzie i piwie na starter, ekipa skierowała się w celu dalszej konsumpcji do jednej z Mekk warszawskiego nadrzecznego hipsterstwa czyli Tematu Rzeki.



No k*** nie zrozumiem chyba nigdy siedzenia na paletach lub piasku i bycia wypizganym nad Wisłą w celu popijania Perełki, Łomży czy innego hipsterlagera, jakkolwiek by ten cholerny most nie był epicko podświetlony. Na szczęście Thor, patrząc na moją mizerię i siedzenie o suchym pysku, zesłał upragniony deszcz, który już lekko podimprezowaną ekipę wygnał w poszukiwaniu najemnych rydwanów z napisem TAXI, jadących w stronę lokalizacji w centrum. I tym sposobem, narażając się również na gniew organizatora, wymknąłem się na chwilę ("Eeeeeej, to jedźcie na Żurawią, ja zaraz wracam.") do Kufli i Kapsli na premierę Browaru Kingpin.



Browar został założony przez znanego z Piwnego Garażu Michała Kopika, a że chłop w branży piwnej już dość długo siedzi, można było się spodziewać co najmniej przyzwoitych efektów jego pracy. Gdy dotarłem na miejsce impreza trwała już na całego - świniaki lały się strumieniami z kilku kranów, a i innych nowości nie brakowało. Przy okazji premiera na full profesce - koszulki, wafle i ogólny Kingpinowy branding.

Akurat będąc w Warszawie mam przeważnie okazję napić się nowości z Artezana, bo do Łodzi docierają niezwykle rzadko, ale żeby nie zaburzać sobie bardziej wrażeń smakowych, postanowiłem zacząć od świnek dwóch. Na pierwszy ogień poszedł Kingpinowy American Pale Ale.

Rocknrolla to APA uwarzony z dodatkiem skórki gorzkiej pomarańczy i werbeny cytrynowej. Ma to dodawać jeszcze większego rockowo-cytrusowego kopa. I pojęcia nie mam jak smakuje werbena cytrynowa ("Świerzop? Co to jest k*** świerzop?"), ale całość robi robotę. Wypijając jedną małą Rockenrollę dostajemy w aromacie cytrusowego kopa (kopika?), który jest powtórzony w solidnej cytrusowo-ziołowej goryczce. Jeżeli przyczepić się do czegoś szczególnie, to może i faktycznie wyłazi po ogrzaniu nieco siary, ale zauważyłem to dopiero pijąc w tym tygodniu wersję butelkową. I naczytaniu się w necie jaka to fatalna kanalizacja i że Michał to dupa, a nie sensoryk ;]

Zgodnie ze sztuką, na drugą nóżkę poszła bardziej mroczna gotycko-celtycka wersja AIPA, czyli Berserker Black IPA. Sama nazwa sroga, ale oprócz ciemnych słodów i dużej ilości heavymetalowego mroku w zasypie, jest tam również użyta skórka słodkiej pomarańczy oraz jaśmin. Czyli jak by to powiedział Entombed: styl - „brutal vegetarian”, czyli trochę łagodnie i trochę też brutalnie... W myśl maksymy – „ciastka robi się ze słodkiego, ale ostrym nożem” ;)

Dlatego wziąłem wersję z pompy, co miało brutala jeszcze nieco zmiękczyć. I faktycznie wyszedł taki twardziel mięciutki jak kaczuszka - z jednej  piwny strony mrok i konkretna ziołowa goryczka, a z drugiej kwiatowy aromat z odrobiną cytrusów i całość złagodzona oleistą gładkością. Siary tutaj nie wyczułem, całość jest dobrze zrównoważona i jeżeli by zamknąć oczy to spokojnie można by powiedzieć, że jest to zwykłe AIPA - czyli tak jak przy BIPA powinno być.

Kingpin moim zdaniem zaliczył udany debiut - dwa bardzo dobre piwa, nad którymi jeżeli jeszcze popracować będą jednymi z lepszych w swoich stylach na polskim rynku. Jeżeli faktycznie część butelek było zakażonych, jak wieść gminna niesie, to faktycznie podwójna siara. Niemniej jednak, warto zdecydowanie spróbować, a jeżeli przeraża was potencjalna kanalizacja, to wstrzymajcie się do drugiej warki, która już niebawem wjedzie do sklepów.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Hop Sasa z AleBrowaru

Hop Sasa
Piwo w stylu Polskie IPA, górnej fermentacji, single hop, niepasteryzowane.
Producent: AleBrowar (Browar Gościszewo)
Ekstrakt 14%, alk. 5% obj., IBU 60
Cena: 6,40 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda, słody: pilzneński, pszeniczny, wiedeński, Carapils; chmiel Iunga; drożdże US 05.

Do polskich chmieli podchodziły już różne browary: kolaboranci z Widawy wypuścili Misia (ostatnio nawet w wersji afropolskiej), z Olimpu polski chmiel wykradał Prometeusz, a Kormoran uraczył nas już trzema Plonami (Ziemi Olsztyńskiej). Eksperymenty górnofermentacyjne z rodzimymi chmielami wychodziły różnie, czasem lepiej, czasem gorzej. Ale nie oszukujmy się - poza potężną goryczką raczej nikomu się z naszej zieleniny fajerwerków jeszcze nie udało wyciągnąć.

Dlatego na zapowiedź Hop Sasy z AleBrowaru zareagowałem dość "meeeeh, kolejne PIPA". W podniesieniu mojego poziomu ekscytacji nie pomogła nawet świetna jak zwykle AleBrowarowa etykieta. Zastanawiają mnie natomiast kłęby gazów wydobywające się spod spódnicy starszej pani - rozumiem, że w tym wieku nie wszystko trzyma jak powinno, ale żeby aż tak?

Hop Sasa | AleBrowar | butelka

Hop Sasa jest jasna, gdyby nie lekka opalizacja, mogłaby zostać wzięta za dobrego pilsa za 3zł. Piana zacna, do końca konsumpcji oblepia szkło niczym piękna koniakowska koronka. Piwo jest nieco słodkawe z dobrze kontrującą, wyraźną, ale niezalegającą goryczką. Mocno wyczuwalna zarówno w zapachu jak i smaku jest poziomka / truskawka połączona z kwiatowością - zastanawiam się czy jest to kwestia iungi, czy np. uciekła im temperatura fermentacji (przypomina mi pierwszą warkę Kejtra i Sherpę z Permona). Jako całokształt Babcia-Chmura robi się odrobinę męcząca pod koniec.

Ocena: 3,75/5

Bardzo dobrze, trzy PLUS (taki trochę większy plus). Coś tam pachnie, jest smacznie, goryczka jest ok i nie zalega, ale to nadal nie jest nic urywającego. I prawdopodobnie nie ma to być nic urywającego. Iunga to bardzo wdzięczny chmiel, Michał S. sypnął go jak zwykle szczodrze, ale czy zawojujemy nim świat? Przypuszczam, że wątpię. Jeżeli odczuwacie potrzebę patriotycznego wsparcia chmielu z Lubelszczyzny, albo po prostu zżera Was ciekawość to warto spróbować. Ja natomiast czekam, aż ktoś zrobi porządnego polskiego ale'a za 3zł ;)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Deep Love od AleBrowaru i Nøgne Ø

Deep Love
Piwo w stylu West Coast Belgian Rye IPA, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Producent: AleBrowar w kooperacji z Nøgne Ø (Browar Gościszewo)
Ekstrakt 16%, alk. 6,5% obj., IBU 100
Cena: 8,90 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda, słody: pilzneński, pale rye, pszeniczny, monachijski, carmel rye; Chmiele: Amarillo, Chinook, Mosaic, Simcoe; drożdże White Labs WLP 566 Belgian Saison

Gdy Michał Saks wybierał się na podglądanie (to zobczuch!) browaru Nøgne Ø, wielu podejrzewało, że na podglądaniu się nie skończy. I nie skończyło się. Już jako oficjalny piwowar w AleBrowarze razem z resztą AleEkipy oraz udzielającym się na gościnnych występach Kjetilem Jukinem z Nøgne Ø, panowie dali upust swojej wspólnej miłości (to zboczuchy!).

A nie, miłości do piwa dali upust. To luz.

Dzieckiem tego trochę zbyt między-męskiego uczucia jest widoczna poniżej butelka mocno dziwnego dla większości piwa - West Coast Belgian Rye IPA (a właściwie AIPA). A czego się spodziewaliście po miłości kilku facetów? Etykieta, a raczej nadruk na butelce mocno AleBorowarowy - zalotna, lub jak kto woli mocno nagrzmocona ośmiornica, z logosami AleBrowaru i Nøgne Ø (tak, to nie jest koło ratunkowe) oraz kilkoma dodatkowymi gadżetami w mackach. Projekt jak zwykle fajny, ale napalonej ośmiornicy w jej naturalnym środowisku spotkać bym nie chciał. Kto wie co wyjmie z zanadrza jednym z pozostałych odnóży. Dlatego na potrzeby degustacji Deep Love (zboczuchy jedne!) zostało umieszczone w środowisku słodkowodnym.

Deep Love | AleBrowar | butelka

Już po odkapslowaniu ośmiornica ukazuje swoje belgijsko-amerykańskie korzenie - lekka końska derka przykrywa solidną kupkę amerykańskich chmieli. Piana jest niezła, ale jak na piwo z dodatkiem słodu żytniego i pszenicznego, to mocnego szału nie ma. Klarowność nieco gorsza niż wody w rzecze Rawce, ale opalizacja przy użytym zasypie jest bardzo nieznaczna.

Konsystencja jest bardzo zaskakująca: jednocześnie dość kleista i lepka, a z drugiej strony nie przytłacza. Takie zalotne muśnięcie ośmiornicy ;) Smakuje... wybornieeeeeee. I to nie tylko kwestia okoliczności przyrody. Odrobina słodyczy miesza się z żytnim kwaskiem, by przejść w cytrusowo-korzenną goryczkę. Niskie wysycenie jeszcze zwiększa pijalność tego śliskiego specyfiku. Spływa do gardła gładko i szybko, a później trzyma jak źle połknięty głowonóg. Z trochę mniej śmiertelnym skutkiem.

Ocena: 4,75/5

Dawno AleBrowar mnie tak nie zachwycił. Czy to kwestia współpracy z Nøgne Ø, czy w końcu chłopakom wszystko w piwie najzwyczajniej "pykło"? Nie wiem, nie obchodzi mnie to! Wyszło im wspólnie znakomite piwo i jest to coś godnego polecenia każdemu, kto nie boi się mocnych wrażeń.

Niestety, jeżeli jeszcze nie kupiliście, może być już ciężko - ja dzisiaj nabyłem trzy butelki, dwie jeszcze zostały gdy wychodziłem ze sklepu. Mam nadzieję, że ekipa obydwu browarów powtórzy wspólnie warzenie Deep Love, bo jeżeli nie, byłaby to niepowetowana strata.

Przekonali mnie - zostaję fanem miłości męsko męskiej. Tej do piwa oczywiście!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Cascade IPA od Doctor Brew

Cascade IPA
Piwo w stylu american india pale ale, single hop, górnej fermentacji, niefiltrowane, niepasteryzowane.
Producent: Doctor Brew Sp. z o.o. (Browar Bartek)
Ekstrakt 14,5%, alk. 5,6% obj., IBU 56
Cena: 7,90 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda, słody: pale ale, monachijski, pszeniczny, karmelowy, melanoidynowy; chmiel Cascade, drożdże.

Trzeba przyznać, że Warzący Doktorzy naprawdę ruszyli z kopyta z produkcją - najpierw świetnie pachnący i dość lekki Sunny Ale (zmniejszyli w nowej warce goryczkę), zaraz potem trochę zbyt niezrównoważone American IPA. Człowiek nie zdążył się obejrzeć, a już serwują nam kolejny suplement diety oznaczony popularnym skrótem IPA.

Tym razem Doktorzy nachmielili dość tradycyjnie jak na nich - użyli zasłużonego weterana piwnej rewolucji czyli chmielu Cascade. Może trudno w to uwierzyć, ale został on wyhodowany już w 1956 roku! Dokonali tego oczywiście amerykańscy naukowcy, tym razem z Uniwersytetu Stanowego w Oregonie. Ich wynalazek nazwano (jak sama nazwa wskazuje) na cześć leżących nieopodal Gór Kaskadowych. Gdy w 1972 został dopuszczony do komercyjnego użycia, zrobił furorę i w zasadzie zapoczątkował styl, który znamy dzisiaj jako American Pale Ale. Także dostajemy single hop na ładnym kawałku historii.



Już przy nalewaniu czuć bardzo przyjemny żywiczny aromat Cascade'a. Kolor miedziany, dość mocno opalizujące. Ze względu na niskie wysycenie, do którego Doctor Brew nas zdążył przyzwyczaić, piana nie jest przesadnie obfita, ale bardzo dobrze się trzyma i krążkuje na szkle. Pachnie przyjemnie, głównie żywica i lekkie owoce tropikalne, w tle również odrobina cytrusów.

Po kilku łykach muszę przyznać, że jest bardzo smacznie. W porównaniu z poprzednimi produkcjami jest dużo bardziej zbalansowane - wyraźna, ale nie zalegająca żywiczna goryczka, skontrowana przez akuratną słodowość podstawy. Dodatkowo niskie wysycenie zwiększa jeszcze solidną pijalność.

Ocena: 4,25/5

Jak dla mnie najlepsze do tej pory piwo z Doctor Brew. Wiem, że nie urywa, ale nie każde chmielone po amerykańsku piwo musi urywać. A Cascade też nie jest odmianą do wybitnego urywania. Doktorzy użyli tej odmiany z głową i nie zrobili trawiastego goryczkowego potworka, tylko bardzo dobrze zbalansowanego i sesyjnego single hopa. Powiem więcej, gdyby zrobili lżejsze Cascade Pale Ale, byłbym jeszcze bardziej zadowolony. 

Mam więc nadzieję, że to nie koniec ich przygód z pojedynczymi chmielami, bo widać, że jak na niedawnych debiutantów, nieźle ogarniają temat chmielenia. Czekam na dalsze eksperymenty (na ludziach), bo zapowiada się smacznie i aromatycznie.

wtorek, 1 kwietnia 2014

V.I.P. AIPA z Biedronki - rewolucja w branży

W ten weekend w Łodzi odbyły się Targi Piw Regionalnych. Wydarzenie samo w sobie mało odkrywcze, bo i też na miejscu nie było zbyt wielu ciekawostek oprócz jednej. Tuż przy wejściu do drugiej sali swoje niewielkie stoisko miał zespół Carlsberga obrandowany Biedronką promujący swój nowy produkt VIP AIPA. Postanowiliśmy go przetestować.

Ekstrakt 17,5%, alk. 7,0% obj.
Szacowana cena detaliczna: 2,50-3,00 zł (Biedronka)
W składzie oczywiście chmiele amerykańskie: Cascade i Citra.

Jeżeli chodzi o wygląd i pienistość, to nie odbiegają one zasadniczo od oryginalnego VIPa. Za to w zapachu zdecydowanie przeważają aromaty chmielowe - począwszy od świeżych cytrusów, skończywszy na słodkich kwiatach. Chociaż czuć też delikatnie alkohol (VIP nie byłby VIPem, gdyby moc spadła poniżej 7%). Piana dosyć szybko opada, ale komu to przeszkadza. VIP stworzony jest do picia bezpośrednio z puszki.

W smaku na szczęście nadal wyczuwalny alkohol (zbyt duże zmiany w produkcie wpłynęłyby negatywnie na dotychczasowych konsumentów). Alkohol ten jest jednak dobrze zbalansowany słodem oraz aromatami amerykańskich chmieli. Chociaż jak na mój gust piwko jest trochę za słabe.

Podsumowując, V.I.P. AIPA ma dużą szansę wejść przebojem na rynek rewolucjonizując branżę, bo przy relatywnie niewielkiej cenie mamy mocne piwo wpisujące się w modny nurt chmielenia wszystkiego co popadnie amerykanami. To dodatkowo wsparte sprawnie działającą siecią sprzedaży i rzeszą lojalnych odbiorców może wywrócić do góry nogami gusta polskich piwoszy.

Ocena: 4,5/5

piątek, 28 marca 2014

Birbant Citra IPA

Piwo w stylu American India Pale Ale, single hop, górnej fermentacji, pasteryzowane (w butelce, kegi niepasteryzowane), niefiltrowane.
Producent: Birbant S.C.
Ekstrakt 14,2%, alk. 5,9% obj., IBU 62
Cena: 6,55 zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słody: jęczmienny i pszeniczny; kaszka kukurydziana, chmiel Citra®; drożdże US-05

Poprzednie piwo od Jarka Sosnowskiego i Krzyśka Kuli, czyli Birbant American Brown Ale, jakoś przesadnie mnie nie zachwyciło. Goryczka była zbyt wysoka jak na ciało piwa i piło się je pod koniec dość ciężko. Tym razem panowie wzięli na warsztat coś co bardzo dobrze znają - Citra IPA to w zasadzie Dr. Citra z Hausta, przebrany tym razem w babską perukę ;) A biorąc pod uwagę bardzo dobre opinie o Doktorze z Hausta (nie mylić z Doktorem Brwią) można być o końcowy wynik w miarę spokojnym.

Etykiety Birbanta średnio do mnie trafiają - projekt to nazwa piwa zamiast oczu i dookoła tego odpowiedni dla nazwy dobór owłosienia. W przypadku Citra IPA dochodzi jeszcze kolczyk z cytryny. Kontra przyzwoicie opisana, ale jakoś całość niespecjalnie mnie przekonuje. Ciekaw jestem, kiedy się im skończą modele uczesania do kolejnych piw. Bazowo-żółty (!) kolor pod "fryzurą" jest natomiast fatalny, wygląda jakby etykietę drukowali na atramentówce.


Piana przyzwoita, jednak szybko się dziurawi i opada do cienkiej warstwy. Wstydu nie ma, ale mogliby pszenicznego na pianę sypnąć trochę więcej. Zapach cytrusów czuć już po odkapslowaniu butelki - Citra to jednak bardzo wdzięczny chmiel do single hopa, jeżeli użyć go prawidłowo. Lekka słodkość w stylu Rowing Jacka i świetna cytrusowa goryczka. Pomimo mocy, jest dość krótka i nie zalega. Wysycenie odrobinę za wysokie, ale nie będę się czepiać szczegółów.

Ocena: 4,25/5

Do samego piwa nie mogę się w zasadzie przyczepić (mogę za to do paskudnej etykiety). Można narzekać na pianę, aromat zawsze mógłby być jeszcze bardziej cytrusowy, ale ogólnie to na prawdę smaczne piwo! Kupiłem dwie butelki i obydwu już nie mam. Dzisiaj wracając do domu na pewno nie omieszkam zaopatrzyć się w kolejne dwie, tak na zapas. A na Łódzkim Festiwalu Piwa chętnie spróbuję wersji niepasteryzowanej dla porównania. Brawo Birbanci, oby więcej takich piw!

wtorek, 25 marca 2014

American IPA od Doctor Brew

American IPA
Piwo w stylu (tutaj nie ma zaskoczenia) american india pale ale, górnej fermentacji, niefiltrowane, niepasteryzowane.
Producent: Doctor Brew Sp. z o.o. (Browar Bartek)
Ekstrakt 16%, alk. 6,2% obj., IBU 90
Cena: 7,90 zł (Piwne Rozmaitości, Łódź)
Skład: woda, słody: pale ale, pszeniczny, karmelowy; chmiele Cascade, Galaxy, Magnum, Motueka, drożdże US-05.

Doktorzy ze Śląska kontratakują. Po udanym debiucie, czyli Sunny Ale, śpiący pod kadziami miłośnicy wschodów słońca, tym razem uraczyli nas swoją interpretacją tak uwielbianego w Polsce stylu, czyli american IPA. Czy zjeżdżenie 120 000 km w poszukiwaniu smaku prawdziwego życia nie poszło na marne?

Pisałem już, że w przeciwieństwie do niewyżytego copywritera, z pracy grafika (podobno dziewczyna jednego z Doktorów) mogą być bardzo zadowoleni. Logo jest fajne, opakowania są spójne i wyróżniają się na półce spośród zalewu kontraktowców. Wszystko elegancko opisane, nie ma się właściwie do czego przyczepić. Chociaż trochę za dobrze trzymają się etykiety, bo trzeba się mocno namęczyć, żeby ją usunąć z butelki, ale jeżeli ktoś nie warzy w domu to na pewno na plus, bo chociaż nie odpadną przed dotarciem do sklepu.


Zgodnie z zapowiedziami, wysycenie jest dość niewielkie. Piana jest drobno-pęcherzykowa, ale specjalnie dużo jej nie uświadczymy. Kolorystycznie to coś pomiędzy Atakiem Chmielu i Red IPA z Hausta - na etykiecie czerwony napis i takie jest też piwo.

W aromacie głównie dojrzałe tropikalne owoce i odrobina cytrusów, ale jak na mój gust jest ich za mało. Po chwili, gdy się już przyzwyczaimy do owoców, da się wyczuć czosnkowo-skarpetową nutę. Smak już na wstępie jest zdominowany przez bardzo mocną, grapefruitowo-pestkową goryczkę. O ile w Sunny Ale była jeszcze w miarę znośna, w American IPA jest przesadzona. Nie zrozumcie mnie źle, lubię ekstremalne doznania, ale tutaj jakoś w całości nie gra, piwo byłoby dużo lepsze gdyby było bardziej zbalansowane. Co prawda po kilku łykach i ogrzaniu do temperatury pokojowej jest lepiej, ale całość nadal męczy. Jeżeli pijecie powyżej 20 minut, końcówka jest już płaska i wygazowana.

Ocena: 3,75/5

Nie jest źle, ale szału też nie ma. Sunny Ale było lepsze, tam goryczka aż tak nie zalegała (chociaż też była dość solidna). A w American IPA pomimo większego ekstraktu i karmelowości, nic nie kontruje potężnego uderzenia - wali człowieka w łeb, jak worek niedojrzałych grapefruitów. Jeżeli Doktorzy stawiają w tym piwie na pijalność (co sugerowałoby niskie wysycenie), to powinni trochę przybastować z sypaniem chmielu na goryczkę. Zakładam, że czosnkowa skarpeta w aromacie też jest jednorazową wpadką.

Inną kwestią jest to, że większość "rzemieślników" rozpieszcza nas kolejnymi IPA i nie ma co ukrywać - w dupach nam się nieco poprzewracało. Półtora czy dwa lata temu pewnie zachwycalibyśmy się nim bez reszty, ale przy takiej ilości chmielonych po amerykańsku nowości, ciężko jest wypuścić coś wybitnego. Natomiast np. Grand Prix z Ciechana udowodniło, że się da ;) Czego i Doktorom życzę.

środa, 5 marca 2014

Renegat z Ursa Maior

Renegat
Piwo w stylu american black ale, górnej fermentacji, niefiltrowane, niepasteryzowane
Producent: Bieszczadzka Wytwórnia Piwa Ursa Maior
Ekstrakt 15%, alk. 6% obj.
Cena: 8,20 zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słód jęczmienny, słód pszeniczny, chmiele: Chinook, Palisade, Simcoe, Ahtanum, Willamette, Amarillo, Citra, Cascade, drożdże.

Ostatnie przeboje z Kukurydzianej Niedźwiedzicy, doprowadziły do sytuacji, że gdy wchodzę do sklepu, to słyszę: "Jest nowa Ursa. Na pewno chcesz?" I co gorsza ja się muszę poważnie zastanowić, czy na pewno chcę. No ale cóż, ciemne piwa oprócz Truskawkowego Kumaka (znanego szerzej jako pierwsza warka Bombina Blues) jeszcze im względnie się udawały, więc Renegata zaryzykowałem.

Etykieta jak to Ursa - jest bardzo dobrze. Mamy ewidentne nawiązanie do popularnego serialu z lat 90tych, tradycyjnie wszystko przyzwoicie opisane, wizualnie gitarka. Tylko czemu cały czas mam wrażenie, że to finalnie ja płacę za etykietę na wypasionym papierze i specjalnym wykrojniku ciężką kasę ;) Aż takim estetą nie jestem, żeby zyla za każdą etykietę dokładać. Zwłaszcza, że zawartość przeważnie mocno niepewna.


































Piana nie jest zbyt obfita, ale przyzwoicie się trzyma i ładnie oblepia szkło. W kolorze jest bardzo ciemne, ale pod światło widać, że Renegat jest raczej brunatny niż czarny.

Proszę Państwa, w zapachu KUKURYDZY NIE STWIERDZONO! :D Są za to przyjemne żywiczno-owocowe aromaty amerykańskich chmieli i do tego lekka paloność od ciemnych słodów. Aromat nie powala, ale jest miłym zaskoczeniem po czosnku z masłem z ostatniego Megalomana. W smaku już niestety tak różowo nie jest - jeżeli miała to być czarna IPA, to coś znowu nie poszło. Piwo jest słodkawe i wodniste. Brakuje czekolady, paloności, a przede wszystkim goryczki. Cały chmiel pewnie poszedł na aromat.

Ocena: 3,25/5

Kolejny raz szału nie ma. Aromat przyzwoity, wad brak, ale już poza tym mizeria straszna. Jeżeli przymknąć oko na przesadną słodycz, to pije się nieźle, ale jeżeli miała to być konkurencja dla Black Hope czy Śrupa, to Renegatowi zdecydowanie brakuje jaj. Bardziej przypomina chłopczyka na rowerku z doczepianymi kółkami. Jeżeli, zgodnie z zapowiedzią z etykiety, tak smakuje wolność, to zakujcie mnie i wyrzućcie klucze.

Od biedy można wypić, tylko po co? Chyba tylko po to, żeby sprawdzić, że Ursa piwo bez wad potrafi zrobić. Jeżeli już, to lepiej wziąć Deszcz w Cisnej - jedna rzecz, na którą z Ursy kasę wydać warto.

I nie wiem czemu, pewnie to przez ten motyw motocyklowy, ale dostrzegam pewną analogię do Ride to Hell: Retribution ;) Nie jest aż tak złe... ale jakoś tak nie mogę się pozbyć skojarzeń.

wtorek, 4 marca 2014

Double Dealer z Revelation Cat

Double Dealer
Piwo w stylu double IPA, górnej fermentacji, pasteryzowane.
Producent: Revelation Cat (Ramsgate Brewery)
Ekstraktu nie podano, alk. 8% obj.
Cena: 16,50 zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: organiczna woda (jak k*** woda może być organiczna, że co, z węglem jest?!), słody jęczmienne z górnej półki, najświeższe chmiele uprawiane specjalnie dla nich i drożdże zwane Mario (a podobno Dr Brew ma niewyżytego copywritera)

Po dość długiej przerwie, drugie podejście do Revelation Cat'a. Tym razem zdradliwe podwójne IPA od Alexa Liberatiego, chmielone oczywiście na amerykańską modłę. Czemu zdradliwe? Po pierwsze ilość alkoholu jak zwykle przy Revelation Cat solidna. Chociaż porównując z ich innymi piwami można powiedzieć, że tym razem jest w miarę lekko. Druga sprawa, że piwo zostało nazwane na cześć Transformera, który ubijał interesy zarówno z Autobotami jak i Decepticonami. I nikt oczywiście nie mógł mu ufać, bo sprzedawał się temu, kto płacił najwięcej. Stąd Doubledealer.

Nie ukrywam, że etykiety Revelation Cat należą do moich ulubionych na rynku. Nawiązania do 8-bitowców (które i u nas na blogu można znaleźć), logo jawnie zerżnięte z Nintendo (to czerwone, nie kot - ten jest ewidentnie zerżnięty z Kota z Cheshire z American McGee's Alice) czy oznaczenia parametrów piwa za pomocną rozpixelizowanych ikonek są absolutnie świetne. I wielki robot wysadzający wszystko dookoła - czego chcieć więcej od etykiety piwa :)


Po przelaniu do szkła formuje się dość skąpa, ale drobna i mocno trzymająca się piana. Na dnie szklanki pojawia się za to piękna obręcz plazmowa, nawiązująca do laserów i wybuchów z etykiety ;) Nie wpływa ona negatywnie na stabilność piany.

Pachnie średnio intensywnie, ale to moja wina, piwo stało kilka miesięcy w lodówce (tak wiem, było nawet napisane na etykiecie, żebym pił jak najszybciej). Natomiast nie mogę powiedzieć, nadal czuć wyraźnie cytrusy, owoce tropikalne i żywicę, także przechowuje się nieźle. I smakuje świetnie! Cudownie grapefruitowe, lekko ziołowe, dość wytrawne. Goryczka pomimo mocy, nie jest zalegająca. Nie jest to piwo, które wypija się jednym łykiem - i bardzo dobrze, to w końcu tylko 0,33l. Sączy się je znakomicie, chętnie otworzyłbym jeszcze drugie, gdybym miał pod ręką.

Ocena: 4,75/5

Double Dealer to jedno z najlepszych mocnych IPA jakie piłem w życiu. Nie mogłem się nim co prawda rozkoszować w 100%, bo trochę za długo czekało na wypicie. Spokojnie jednak zakładam, że jeżeli znajdziecie gdzieś w świeżej dostawie, to będzie zniewalające. Tanio może nie jest, ale usługi Doubledealera nigdy nie były tanie, jak każdego dobrego najemnika. A warto go wynająć. Zdecydowanie polecam, Optimus Prime.

czwartek, 27 lutego 2014

Hello my name is Vladimir z browaru BrewDog


Hello my name is Vladimir
Piwo w stylu double IPA, górnej fermentacji, pasteryzowane
Producent: BrewDog
Ekstraktu nie podano, alk. 8.2% obj.
Cena: 18,50 zł (piwoteka.pl)
Skład: woda, słody: Extra Pale, Cara; chmiel Citra®, jagody Cytryńca, drożdże.


Władimira Władimirowicza nikomu przedstawiać nie trzeba - bohater Wszechrosji, który na co dzień jeździ z odkrytym torsem na niedźwiedziach, a laserem z oczu potrafi zestrzelić meteoryty zagrażające ukochanej ojczyźnie. Judoka, zapalony wędkarz topless, naczelny agent 000 i ogólnie modelowy wzorzec rosyjskiego macho samca. Jeżeli Rosjanie kręciliby ich wersję Supermana, to żelazny prezydent spokojnie mógłby go zagrać. I Lexa Luthora. I potem wystąpić jako on, prezydent o nagim torsie, i pokonać ich obydwu w imię dobra Federacji Rosyjskiej i całego świata.

Prezydent podczas popołudniowej przejażdżki wśród pięknych rosyjskich okoliczności przyrody.


Ale nie wszyscy kochają dobrego (już prawie) cara Rosji. Szkocki kraft browar BrewDog, czyli tłumacząc na nasze psie syny z bujnymi brwiami, w proteście przeciwko dyskryminacji miłości męsko-męskiej (której najwidoczniej są wielkimi zwolennikami) wypuścił piwo 'Hello my name is Vladimir'. Jak protest to wiadomo, możemy nawiązać do sztuki, a jeżeli protest przeciw dyskryminacji man-on-man action, to już na pewno współczesnej. Stąd niewątpliwie warholowska etykieta i różowy karton. Nie jest to pierwsza akcja mąciwodów ze Szkocji: wcześniej sugerowali Księciu Walii, przy okazji jego ślubu, że potrzebuje wspomagaczy przy oraniu swojego małżeńskiego poletka. Swoją drogą obstawiam, że Żelazny Car Władimir mógłby spokojnie sam zaorać pół populacji Wysp Brytyjskich i to bez wspomagaczy. Może coś nad czym warto się zastanowić wyspiarze?

Brwi Dogi mają obfite, wąsy również.
Postanowiłem jednak się poświęcić i spróbować piwa z tęczowej Szkocji. Przygotowałem więc najbardziej gejowskie szkło ze swojej kolekcji i przelałem ten trunek sodomitów, żeby sprawdzić jak wygląda i smakuje to dzieło Szatana chmielone amerykańskim zepsuciem zwanym Citra®.


































Na szczęście piwo nie jest różowe. Piana wiernie odwzorowuje fryzurę prezydenta, ale jak mawiał mój dziadek - "mądrej głowy włos się nie trzyma".

W zapachu mamy głównie cytrusy - nie dosyć, że chmielili Citrą(®), to jeszcze w swojej perfidii użyli płodów ziemi Matki Rosji - jagód Cytryńca. Jest też lekka żywica syberyjskiej tajgi. Czy tak pachnie piwo prawdziwego, rasowego samca? Nie sądzę. Smakuje również mocno cytrusowo, goryczka jest przyjemna i niezalegająca - ponownie nie to, czego w smaku szuka prawdziwy macho. Na plus przyzwoita jak na piwo zawartość alkoholu. Dla statystycznego Rosjanina to jednak tyle co nic - taki procent przyjmował zapewne z mlekiem matki.

Ocena:




Pomimo zapewnień na etykiecie ('Not for gays') Brew Dogowi udało się zrobić bardzo gejowskie piwo. Pół tęczy muszę odjąć jednak za wysoką zawartość alkoholu - co delikatniejszych mężczyzn może ona odstraszyć. Gdyby piwo pojawiło się w stałej ofercie browaru, mogłoby zrobić w furorę w barach wyłącznie dla płci wąsatej. Tym bardziej nie zalecam zabierania go na imprezy połączone z paleniem tęczy - współimprezowicze mogą się z nas śmiać lub co gorsza spuścić nam solidne wpierdy.

Najgorsze, że mnie smakowało. Muszę pójść ustrzelić jakąś łanię, złowić rekina gołymi rękami i przejrzeć kilka kalendarzy z cycatymi modelkami. Coś ewidentnie jest ze mną nie tak.

wtorek, 21 stycznia 2014

Duch caftu w konserwie czyli Route 113 IPA od Sly Fox Brewing Company

Kilka dni temu Kopyr na swój profil FB wrzucił infografikę od Sly Fox Brewing Company, która pokazuje przewagę puszki nad butelką. Z resztą sam już poruszał tą kwestię kilkukrotnie, nawet poświęcając temu osobny odcinek na vlogu. I oczywiście dyskusja jak zwykle jest zażarta.

Tak się składa, że jakiś czas temu jedno piwo w puszce ze Sly Fox Brewing Company udało mi się w Piwoszu na Retkini nabyć. Browar z Pensylwanii jest jednym z kilku (kilkunastu?) craftproducentów w Stanach, który puszkę stara się zdecydowanie promować. Nie jest to oczywiście proste, głównie dlatego, że puszka kojarzy się z koncernowymi sikaczami, co mocno deprecjonuje konserwę w oczach przeciętnego wyznawcy ducha craftu. Browary podkreślają przede wszystkim wygodę oraz ekologiczność takiego opakowania. Jednym z ciekawszych rozwiązań ostatnich lat jest również opracowanie puszki z całkowicie otwieranym wieczkiem, dzięki czemu można podobno rozkoszować się aromatami piwa, bez konieczności przelewania go do szkła.

Co do ekologiczności samej butelki, jej przetapiania bądź oddawania z kaucją, nas to osobiście niespecjalnie ostatnio dotyczy - około 80% butelek jest przez nas ponownie używana do rozlewu domowego piwa ;) Odpadają przeważnie tylko uszkodzone, mocno grawerowane lub zakręcane sztuki. A tych na szczęście jest dość mało. Jest to na pewno najbardziej ekologiczna utylizacja - flacha nigdzie nie jeździ, nie zużywamy dodatkowej energii na przetapianie stłuczki, płukana jest w miarę przyjaznymi dla środowiska środkami itp.

Z prywatnych obserwacji, możemy za to wskazać jedną zdecydowaną przewagę puszki -  podczas wyjazdu gdzieś za miasto, tachanie w plecaku 4-5 butelek i szkła do picia, nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Poza tym pijąc Portera Łódzkiego pakowanego w konserwę, po przelaniu nie widzę specjalnie różnicy w smaku w stosunku do innych porterów. Jeżeli już, to na zdecydowany plus, bo jest to jeden z lepszych porterów w Polsce. I jakoś pucha w tym nie przeszkadza. Ciężko powiedzieć jak będzie się taki porter zachowywał przy leżakowaniu przez 2-3 lata. Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć, ale dopiero za jakieś 2-3 lata (stoi w piwniczce i się leżakuje).

No dobrze, a jak z takim np. IPA?

Route 113 IPA
Piwo w stylu India Pale Ale, górnej fermentacji, pasteryzowane
Producent: Sly Fox Brewing Company
Ekstrakt 16.4%, alk. 7% obj., IBU: 113
Cena: 16,39zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słody pale ale i crystal, chmiele: Bravo, Centennial, Cascade and East Kent Goldings; drożdże.

Puszeczka bardzo zgrabna i fajnie wykonana. Niestety jest to jeszcze stara wersja ze standardowym zamknięciem, więc nie miałem okazji przekonać czy da się pić ze smakiem prosto z niej. Po nalaniu jest zaskakująco ciemne jak na amerykańskie IPA. W szkle formuje się obfita piana, która trzyma się bardzo dobrze, drobne pęcherzyki ładnie osiadają na ściankach szkła i do końca picia pozostaje dość solidna warstwa.

Zapach to przede wszystkim cytrusy z ananasem, przeplatane przez akcenty żywiczne i lekką chlebowość od ciemnych słodów. Aromat solidny, ale przesadnie nie oszałamia. Pomimo tych 113 IBU piwo jest bardzo zbalansowane w smaku - podbudowa słodowa ładnie kontruje mocną, grapefruitowo-żywiczną goryczkę. Alkohol pomimo dość dużego voltażu jest dobrze ukryty. 113 nie jest może ekstremalnie pijalne, ale 0,355l które znajduje się w puszeczce wypija się z niekłamaną przyjemnością.

Ocena: 4,25/5

Czy odróżniłbym IPA nalane z puszki w stosunku do butelkowego? Wątpię. Route 113 IPA ma bardzo przyjemny aromat, nie ma żadnych oznak metaliczności, czy innych wad. A biorąc pod uwagę to, że kilka piw przywożonych ze Stanów, które piłem, miało w zapachu jakieś lekkie kartony czy odrobinę skunksa, można powiedzieć, że konserwa spisuje się w takich podróżach nadzwyczaj dobrze. Oczywiście mogłem wyjątkowo dobrze trafić i na podstawie jednego piwa nie ma co oceniać całej technologii. Niemniej jednak pozostanę przy zdaniu, że najbardziej liczy się wnętrze ;) I warunki transportu.

Jeżeli chcecie wnikliwiej rozkminić temat ekologiczności lub innych zalet czy wad puchy, zajrzyjcie sobie na stronę browaru Sly Fox. Dostępna jest tam w wysokiej jakości cała infografika odnośnie puszek, jak również prezentacja zalet całkowicie usuwalnego denka. Respect the cans!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Red AIPA z minibrowaru Haust

Red AIPA
Piwo w stylu American India Pale Ale, górnej fermentacji, niepasteryzowane, niefiltrowane, chmielone na zimno
Producent: Haust
Ekstrakt 16%, alk. 6,5% obj.,
Cena: 8,20zł (Piwne Rozmaitości)
Skład: woda, słód jęczmienny, chmiele: Zeus, Cascade, Amarillo; drożdże Wyeast 1056

15 grudnia 2013 wystartowała nowa inicjatywa piwna - Browar Birbant, założona przez Jarka Sosnowskiego i Krzyśka Kulę. Pierwszy z nich od 8 lat pracuje w Hauście jako piwowar, a drugi już od 10 lat warzy piwo w domu (i nie tylko). Panowie stwierdzili, że w końcu można by przejść na swoje i ruszyli z warzeniem piwa kontraktowo w Witnicy. Na pierwszy ogień poszedł American Brown Ale, którego premiera odbędzie się 25 stycznia. W związku z tym, postanowiliśmy przypomnieć jeden z wcześniejszych owoców współpracy duetu, Red AIPA uwarzone w minibrowarze Haust.

Minibrowar, nie minibrowar, etykieta Red AIPA wygląda jak by była plakatem kina akcji klasy B. A właściwie klasy D, albo i niższej. Film spokojnie mogłoby się nazywać "Krwawa zemsta w południe piłą mechaniczną w Dolinie Węży pośród łanów zboża 7". Na szczęście jest to nie kolejny przebój rodzimej kinematografii, tylko piwo w stylu, który w Polsce rozpanoszył się tak, że człowiek pragnący porządnego pilsa za 3zł niedługo będzie się bał lodówkę otworzyć. Na szczęście do zagorzałych zatrzyzłotepilsofilów nie należę, więc kolejne, tym razem czerwone IPA, witam z otwartymi ramionami.


































Już po otworzeniu butelki w nozdrza uderza nam piękny aromat owoców tropikalnych. Intensywne czerwone owoce, mango, ananas oraz odrobina cytrusów i żywicy jest miłą odmianą od rodzimych AIPA idących cały czas w mocno cytrusowe klimaty. Czuć również karmelową słodowość, ale talerz dojrzałych owoców, który pojawia nam się w głowie po zamknięciu oczu, zdecydowanie tutaj dominuje. Kolor jest zgodny z zapowiedziami z etykiety - głęboka czerwień niezmącona zmętnieniami ;) Bardzo ładna klarowność piwa. Całość zwieńcza solidna piana, która redukuje do niewielkiego kożuszka. W smaku również czuć lekką karmelowość, co w połączeniu z mocno grapefruitowo-żywiczną goryczką daje bardzo przyjemnie zbalansowane piwo. Średnie wysycenie dodatkowo poprawia pijalność, choć przy końcu goryczka zaczyna trochę zalegać i nieco męczy.

Ocena: 4,5/5

Zdecydowanie jedno z ciekawszych polskich AIPA. Odrobinę mu jeszcze do czołówki brakuje i można się do niektórych rzeczy przyczepić, ale pije się bardzo dobrze, więc nie przesadzajmy. Próbowałem, zdaje się, tylko dwóch różnych warek, a słyszałem, że z jakością niektórych jest różnie, natomiast do tego ciężko mi się już odnieść, bo moja była naprawdę niezła. Gdyby Czesław Dziełak nie zmiótł wszystkich Grand Prix z Ciechana, a Saint no More był jak w zeszłym roku Christmas Ale'em, byłby to chyba najsmaczniejszy AIPA wypuszczony spod ręki polskich piwowarów w 2013 roku (przynajmniej z tych, które dane mi było spróbować). I tak, wiem, że był już w 2012, ale nie miałem okazji wcześniej nigdzie dorwać.

Także z niecierpliwością czekam na weekendową premierę American Brown Ale'a duetu Birbantów. A jak wieść niesie, mają się też pokusić w przyszłości o dobrego pilsa za 3zł ;)

piątek, 3 stycznia 2014

Polskie IPA | receptura piwa domowego

Czas na kolejne piwo uwarzone w domu. Tym razem jest to Polskie IPA z Piwoszarni.

Słody:
- słód Pale Ale Strzegom - 5,5 kg
- słód karmelowy - 0,5 kg

Zacieranie:
- przerwa białkowa (ok 52 st C) - 15 min
- przerwa maltozowa (63-65 st C) - 25 min
- przerwa dekstrynująca (72 - 73 st C) - 30 min

Po przefiltrowaniu gęstość była na poziomie 12 stopni Blg.

Chmielenie:
Gotowane 60 minut:
- po 10 minutach 35 g Marynki
- po 30 minutach 35 g Sybilli
- po 50 minutach 35 g chmielu Lubelskiego oraz 20 g świeżej trawy cytrynowej
Chmiele były w szyszkach.

Ekstrakt po chmieleniu: około 14 stopni Blg. Obliczone IBU: ok 50.

Fermentacja:
Start przy 28 stopniach Celsjusza. Później: 20-22 stopnie przez 10 dni. Do fermentora dosypałem 15 g Sybilli i 15 gram Lubelskiego.

Butelkowanie przy użyciu około 120 g glukozy na 22 litry piwa. Glukozę rozpuściłem we wrzątku i w tej formie wlewałem do butelek.
Według przepisu piwo powinno być zlane na fermentację cichą, jednak z tego zrezygnowałem z uwagi na tymczasowy brak drugiego fermentora.

 
Efekt:
Polskie IPA w tej formie wyszła dosyć porządna, chociaż trochę zbyt gorzka na taką podbudowę słodową.

Piana nawet gęsta, dosyć szybko opada, ale pozostaje kożuszek. Zapach mocno aromatyczny. Czuć solidny chmiel.

W smaku też dominują chmiele. Zarówno te aromatyczne, jak i goryczkowe. Piwo jest mocno gorzkie, jak wspomniałem wcześniej - lekko za gorzkie jak na ten ekstrakt. Pod tym względem w smaku przypomina Pilsner Urquella. Goryczka zdecydowanie zalega i trzeba odczekać przynajmniej minutę przed kolejnym świeżym łykiem. Po kolejnych łykach kubki smakowe przyzwyczajają się do alfakwasów i piwo jest bardziej pijalne.

Generalnie spoko, chociaż chyba mam już dosyć mocno chmielonych piw. Następne będzie grodziskie.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Contessa z Birra Amiata

Contessa
Piwo w stylu American Pale Ale (a w zasadzie American India Pale Ale), górnej fermentacji, niepasteryzowane, niefiltrowane, chmielone na zimno, refermentowane w butelce
Producent: Birra Amiata
Ekstraktu nie podano, alk. 7,2% obj., IBU: 45
Cena: 17,40zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słód jęczmienny, pszenica, chmiele: Chinook (na goryczkę i na zimno), Cascade (45 minuta i na zimno), Amarillo (60 minuta i na zimno); drożdże
Warka: 492 (21/07/2014)

Z włoskimi browarami nie miałem jeszcze specjalnie do czynienia. Jeżeli nie liczyć Revelation Cat'a. Właściwie ma on tylko włoskiego piwowara, bo warzą w Anglii. Zatem w kwestii piwa Włochy kojarzą mi się głownie jako dodatek w postaci pizzy albo makaronu ;)

Browar Birra Amiata został założony w 2006 i znajduje się na malowniczym zboczu wygasłego wulkanu Mount Amiata. Natomiast urocza hrabina z etykiety Contessy to Gherarda Aldobrandeschi, hrabina Cana. Jak można dać córce na imię Gherarda pozostaje dla mnie niepojęte, ale poza imieniem było chyba z nią wszystko w porządku. A nawet lepiej niż przeciętnie, bo jak chce jedna z Toskańskich legend, Adalberto, Pan na Chiusi, zakochał się w dziewczynie bez pamięci. Umawiał się więc z Gherardą (?!) po kryjomu w blasku księżyca, na widniejącej na etykiecie stylowej łączce, gdzie głęboko wpatrywali się sobie w narządy wzroku. Krewni dziewczyny nie byli niestety karmieni kilogramami komedii romantycznych (kina jeszcze nie wynaleziono), więc dość zdroworozsądkowo postanowili ją wydać za Orsino, Hrabiego Pitigliano, żeby umocnić pozycję swojego rodu i jego bogactwo. I jak to w pięknych i smutnych romansidłach bywa, bohaterowie nie żyli długo i szczęśliwie. Gherarda po ślubie załamała się, a jej luby pojechał prać niewiernych w Ziemi Świętej, gdzie oczywiście chwalebnie poległ. Tak to jest jak się nie myśli podczas walki o niewiernych, z którymi się walczy, tylko o hrabinach.

Trzeba przyznać, ckliwa historia zawsze dobrze się sprzedaje. Piwo chyba też nieźle, bo w 2010 roku browar rozszerzył swoje moce produkcyjne i dzięki temu również my w Polsce możemy cieszyć się piwem z Birra Amiata. Oprócz tradycyjnych składników, browar dodaje do piw również nietypowe regionalne składniki jak np. kasztany z okolicznych sadów, miód czy lokalnie uprawiany szafran. Ciekawostką jest również to, że wszystkie piwa, które wypuszczają są refermentowane w butelkach.

W szkle Contessa prezentuje się znakomicie, nie ma się więc co dziwić Adalberto. Ma piękny złoto-pomarańczowy kolor i obfitą pianę z drobnym pęcherzykiem, która piękną koronką oblepia szkło. Zapach jest zniewalający - delikatna słodowość, nuty owoców tropikalnych i cytrusów, a w tle lekka żywica.

Smak oddaje bardzo dobrze usposobienie bohaterki legendy - piwo jest delikatne i ułożone jak dobrze wychowana średniowieczna hrabina. I jest to oczywiście bardzo duży plus. Podbudowa ze słodów jest odpowiednia, goryczka bardzo świeża i owocowa, w żaden sposób nie przegięta. Jak na ponad 7% jest obłędnie pijalne, alkoholu nie czuć w ogóle, można by wychylić je na raz. Na szczęście siedzenie z nosem w szkle i podziwianie zapachu, skutecznie powstrzymuje przed tym barbarzyńskim czynem.

Ocena: 4,75/5

Wyborne piwo, możecie brać w ciemno, bo zdecydowanie jest tego warte. Aromat jest znakomity, najwyraźniej refermentacja wyraźnie temu piwu służy (a stała już jakiś czas u mnie w lodówce, zanim się za nią zabrałem). Niesamowicie pijalne dlatego żałuję, że nie wziąłem wersji 0,75l. Następnym razem niewątpliwie naprawię to niedopatrzenie. Także jeżeli chcecie się Contessy napić, musicie znaleźć ją przede mną, bo nie ręczę, że coś w sklepie zostanie. 

A jeżeli wasza druga połowa znowu wspomni o tym, jak bardzo nieromantycznym trunkiem jest piwo (cholerne lobby winiarzy i ich PR!), to również polecam sprzedanie historyjki o Gherardzie i Adalberto ;)

wtorek, 17 grudnia 2013

India Pale Ale z St. Peter's Brewery

St. Peter's India Pale Ale
Piwo w stylu English India Pale Ale
Producent: St. Peter's Brewery
Ekstraktu nie podano, alk. 5,5% obj.
Cena: 12,90zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, lokalny słód pale ale z Suffolk; chmiel: First Gold; drożdże.

Dopiero co testowaliśmy Cream Stouta od Świętego Piotra, a tu wpadam do Piwosza, patrze na regały - IPA od tego samego świętego. Pić już piłem, zarówno w wersji butelkowej, jak i lanej. A nawet w wersji zrób to sam - pierwsze piwo jakie uwarzyłem było z brewkitu St. Peter's IPA. I ta wersja dochmielana Mosaic'iem i Citrą oczywiście smakowała mi najbardziej ;)

Opakowanie nadal mnie zachwyca, całość jest w bardzo oldschoolowym angielskim stylu. Nie mam pojęcia, co ma do India Pale Ale różowo-fioletowy kolor etykiety, a New Hoppier Taste kojarzy mi się z 'under new management' wywieszanym niekiedy na pubach i restauracjach na Wyspach po zmianie właściciela. Trochę takie "poprzednia ekipa serwowała pomyje, a teraz będą wodotryski i lasery". W tym przypadku "poprzednie w ogóle nie było chmielowe, ale teraz to już będzie łałałiła".

I jak? No powiedzmy sobie szczerze, w zapachu szału nie ma. Jest lekko słodowe z delikatnym aromatem tytoniowo-żywicznym, ale trzeba się mocno wwąchać, żeby go poczuć. Czuć tam również lekkiego skunksa od zielonej aptekarskiej butli, ale na szczęście dość szybko on się ulatnia. 

Piana jest dość uboga i redukuje do zera, ale IPA z Anglii raczej rzadko ma czapę piany jak amerykański traper. Jest raczej to mocno łysawy angielski dżentelmen. Samo piwo przejrzyste, kolor jasno-bursztynowy. Po kilku łykach z kapci nie wyskoczycie. Przyjemna umiarkowana pełnia kontrowana przez lekko trawiastą goryczkę i jakby odrobinę cytrusowej owocowości (ale nie wiem czy nie mam omamów). Nie można mu odmówić w wersji butelkowej pijalności, chociaż pite kilka miesięcy temu z beczki w The Eclipse Inn było zdecydowanie za słodkie i zapychające. Najwidoczniej 'New hoppier taste' poprawił nieco równowagę.

Ocena: 3,5/5

Szału w tej szałowej butelce nie oczekujcie, łałałiły nie ma. To przyzwoite angielskie IPA. Tylko tyle i aż tyle. Jest bardzo pijalne, ale jeżeli szukacie wrażeń rodem z amerykańskiej rewolucji, to musicie poszukać gdzie indziej. Na pewno bardzo pijalne i sesyjne, osusza się szkło bardzo miło, ale cena w Polsce jego sesyjności zdecydowanie nie pomaga. Druga sprawa, że aromat jest bardzo słaby i niestety angielskiego chmielu w zapachu nie uświadczycie przesadnie dużo. Jako któreś z kolei, po zaspokojeniu swoich potrzeb na fajerwerki, można w lokalu zmówić. Ewentualnie kupić butelkową, jeżeli macie już pomysł na ponowne użycie tej stylowej flachy.

sobota, 14 grudnia 2013

Saint No More (2013) - Single Hop Simcoe z AleBrowaru

Saint No More Single Hop Simcoe
Piwo w stylu IPA, single hop, górnej fermentacji, niepasteryzowane
Producent: AleBrowar
Ekstrakt 16°, alk. 6,2% obj., IBU: 80
Cena: 7zł (Piwne Rozmaitości)
Skład: woda, słody: pale ale, pszeniczny, wiedeński, Carapils; chmiel Simcoe; drożdże US-05.

W tym roku na Święta AleBrowar zaskoczył ludzi zmianą receptury swojego Saint No More'a. W roku ubiegłym było to w miarę typowo (jak na AleBrowar) piwo świąteczne - mieliśmy bardziej świąteczny zasyp (np. słód czekoladowy) czy przyprawy w postaci wanilii i płatków dębowych. W tym roku natomiast postanowili wypuścić IPA single hop na Simcoe. Niby argumentacja, że Simcoe jest bardzo żywiczny i to tak pod choinkę, ma jakąś tam logikę, ale duża liczba ludzi się podku... zamanifestowała tradycyjne przedświąteczne poddenerwowanie ;) Mnie to średnio ziębi czy parzy, bo większość piw świątecznych z przyprawami uważam za karę, którą Mikołaj co roku zsyła na niegrzecznych piwoszy. Akurat poprzedni Saint No More był dość specyficzny, ale jak na piwo świąteczne smaczny.

Etykieta z niebieskiej zmienia się na bardziej choinkową zieloną. Mamy tego samego wydziaranego Mikołaja targającego zdechłe truchło elfa. Z tatuażem 'Death Elf'? Chyba jednak Dead Elfs, albo Death to Elfs. Najwidoczniej w lapońskich salonach zajmujących się ozdabianiem ciała z angielskim są trochę na bakier ;) Do tego na kontretykiecie zmieniona historyjka o tym, jak dotąd żadnej babie Mikołaja się usidlić nie udało. W końcu singiel. Jeżeli wczytacie się w skład, to może Wam się wydać, że ten zasyp jest jakiś znajomy...



Czapka (już nie) Świętego jest całkiem obfita. Ładny drobny pęcherzyk, trzyma się dość długo. Mikołaj jest bardzo jasnym i przejrzystym IPAem, pozostaje niezmącony. Wbrew pozorom, nie jest to w zapachu choinka. Jest co prawda żywiczny, ale o ile nie wieszacie na swoich drzewkach dojrzałych moreli i innych soczystych owoców, to nie skojarzy Wam się on bezpośrednio ze świętami. Inna sprawa, że single hop na Simcoe pachnie bardzo zacnie! I tutaj też mam pewne skojarzenia...

Smakuje mało świątecznie, za co ma u mnie ogromnego plusa. Wyważona podbudowa słodowa daje trochę ciałka, a później jesteśmy atakowani przez zapowiadane na etykiecie 80 IBU. Na początku lekka słodycz, po kilku łykach przechodzi we wgryzanie się w nieobieranego grapefruita. Goryczka pozostaje dość długo, ale jest to bardzo przyjemne odczucie. Wysycenie odpowiednie, bardzo pijalne piwo (jeżeli ktoś zniesie to 80 IBU).

Ocena: 4,5/5

Jeżeli do tej pory jeszcze nie zorientowaliście się z czym Wam się kojarzy Saint No More, to podpowiem jak się powinno nazywać - SAINT JACK (is rowing no more) ;) Skojarzenie ze sztandarowcem AleBrowaru nasuwa się od razu. Co prawda single hop Simcoe ma mniej skomplikowany aromat i smak niż Jack, bo brakuje mu kilku chmieli, ale sama podbudowa jest bardzo podobna, a Simcoe (jeżeli wierzyć w skład na etykiecie) do Wioślarza sypią najwięcej.

Bardzo ciekaw jestem co powodowało AleBrowarem przy warzeniu tegorocznego Nieświętego. Przecież chyba nie to, że zostało im za dużo Simcoe, albo że zabrakło im innych chmieli na kolejną warkę Rowing Jacka. Mam wrażenie, że trochę poszli na łatwiznę. Może i zeszłoroczny Saint No More nie był jakoś wybitnym i powalającym piwem, ale miał odrębny świąteczny charakter. Tegoroczny nie ma, jest bardzo podobny do Jacka.

Z drugiej strony nie narzekajmy - w ciemno to nadal jest bardzo smaczne piwo. Mając tak dopracowaną recepturę podstawy jak przy Rowing Jacku, dorzucamy do tego ciekawy chmiel i wychodzi dobrze. Oczywiście niektórzy będą narzekali, że nie świąteczne, że jadą na tym samym itp. No ale cóż, piwna rewolucja nas rozpieściła i nieco się w dupach poprzewracało ;)

A dla ciekawych czy można się napić jeszcze zbunkrowanej w lodówce butelki zeszłorocznego Saint No More odpowiadam: można, ale u mnie wyszedł z niego bardzo ładnie pachnący wanilią lambik :D






 
Blog jest wyłącznie dla osób pełnoletnich. Czy masz skończone 18 lat?

TAK NIE
Oceń blog