piątek, 6 grudnia 2013

Brackie Imperial IPA czyli Grand Champion 2013

Brackie Imperial India Pale Ale
Piwo w stylu imperial IPA, górnej fermentacji, pasteryzowane
Producent: Bracki Browar Zamkowy w Cieszynie
Ekstrakt 18,5 Blg., alk. 8,5% obj.
Cena: 7,40zł (piwoteka.pl)
Skład: woda, słody: pilzneński, pszeniczny, monachijski, Cara Gold 120 EBC; chmiele: Magnum, Columbus, Simcoe, Citra, Centennial, Ahtanum, Amarillo); drożdże.

Dopiero co dostaliśmy piwo Czesława Dziełaka uwarzone w Ciechanowie, a już dzisiaj kolejna premiera... piwa uwarzonego przez Czesława Dziełaka. Tym razem piwo, które wygrało konkurs piw domowych na Festiwalu Birofilia 2013 w Żywcu. Jest to już piąta edycja konkursu, w której zwycięzca ma możliwość wypuszczenia swojego piwa na rynek pod skrzydłami Grupy Żywiec. Były dotąd: koźlak dubeltowy,  Ja niestety świadomie załapałem się dopiero na zeszłoroczną premierę Grand Championa 2012 czyli wędzonego koźlaka. Swoją drogą od tego piwa rozpoczęła się moja miłość do wędzonek.

Akurat wybór imperialnego IPA jako Grand Championa w tym roku specjalnie mnie nie zdziwił. Ipy sripy sypią się z prawa i lewa, więc doskonała okazja sprawdzić, czy browar w Cieszynie, który warzy np. bardzo dobrego Żywca Portera poradziłoby sobie z produkcją IPA (tak just in case). Oczywiście chcę wierzyć w niezawisłość instytucji sędziowskich na Birofiliach i to, że nie była to decyzja pod publiczkę i na zamówienie działu marketingu ;) Teorii spiskowych nie ma co snuć, bo jeżeli imperial IPA staje w szranki z takimi stylami jak dunkelweizen, blond czy jasne lekkie, to jednak kupa chmielu zapakowanego do kotła daje zdecydowaną przewagę. Chociaż podobno akurat jasne lekkie (tak!) było blisko pierwszego miejsca.

Premiera co roku ogłaszana jest z pompą, tak było i w tym. Główna premiera odbywa się właśnie od 18:00 w Cudach na Kiju w Warszawie, ale od tej godziny można piwo dostać też w Tesco oraz innych sklepach "specjalistycznych". Ja akurat zahaczyłem po pracy o Piwotekę, bo w Tesco w Łodzi nie mają podobno dedykowanego szkła. Noooooo taaaaak... Dotarłem o 18:15 do Piwoteki. Szklanek brak. Gratuluję pomysłu Grupie Żywiec - rzucenie 15 szklanek na całą Łódź musiało być iście karkołomnym przedsięwzięciem logistycznym. Ale cóż, mogłem być sprytniejszy i zarezerwować na stronie sklepu. Niby to shaker jak każdy inny shaker, których w domu mam z dziesięć, ale jak już wziąłem 6 piw, to niesmak pozostaje. Sama etykieta na piwie spoko, dużo chmielu w środku, to i dali go na etykiecie. Niczym specjalnym się nie wyróżnia. Solidnie, elegancko i stonowanie. Ot imperialna koropoIPA ;)


Z uwagi na to, że mam zeszłoroczne szkło, to polałem do niego. Piana trzyma się nieźle, ładnie krążkuje na szkle. Pachnie podobnie do piwa z Ciechanowa. Ale niestety słabiej. Są cytrusy, są lekkie tropiki i zielony chmiel. Wychodzi też trochę alkoholu i odrobinka kartonu. Smakuje również... tu nie ma niespodzianek... podobnie :) Grand Champion jest mocno pijalny, goryczka jest solidna. Ale nie niestety nadal przegrywa świeżością i intensywnością z piwem z Ciechanowa.

Ocena: 4,25/5

Gratulujemy Czesławowi dwóch świetnych piw. Gratulujemy Grupie Żywiec pomysłu na uwarzenie IPA. Ale wykonanie w browarze w Ciechanowie poszło lepiej. Trzeba przyznać Grand Prix AIPA postawiła bardzo wysoko poprzeczkę. I pomimo ciężkiego wsparcia premiery, u mnie niesmak pozostał.

Zastanawiam się co spowodowało, że Imperial IPA jest słabszy od AIPA. Kwestia, że IPA jest pasteryzowana, a AIPA nie jest? Ilość chmielu przy chmieleniu na zimno? Nie chciałbym generalizować, że korpo jest gorsze, bo przecież zależy od tego co wypuszczają, a nie kto produkuje. Zdecydowanie zachęcamy do spróbowania obydwu, bo będziecie mieli porównanie.


Na naszej prywatnej premierze przy Grze o Tron przetestowaliśmy obydwa symultanicznie. Ale Grand Prix w ciemno wygrało bezapelacyjnie. I nie wiemy kto wygrał Żelazny Tron, jeszcze gramy.

A na koniec praca domowa - znajdźcie trzy różnice :)




czwartek, 5 grudnia 2013

Przy piwku: Magia i Miecz

Przy piwku gramy często. W sumie idea na tego bloga pojawiła się podczas grania. A jedną z najczęściej granych gier (oprócz kolejnych odsłon serii FIFA na PS3) jest planszowy klasyk sprzed lat - Magia i Miecz. Jeżeli graliście za młodu, to na pewno kojarzycie. A jeżeli nie graliście... to co wy robiliście w dzieciństwie?!

Tło historyczne

Oryginalna Magia i Miecz powstała na podstawie gry Talisman stworzonej przez Games Workshop (ci kolesie od Warhammera) w latach 80tych. W Polsce była wydawana na licencji przez wydawnictwo Sfera. Co ciekawe Sfera nie zakupiła licencji na ilustracje w grze, chodziło głownie o kasę. Dlatego polską wersję oprawy graficznej powierzono Grzegorzowi W. Komorowskiemu, który oprócz Magii i Miecza przygotowywał również grafikę do Wojny o Pierścień wydawnictwa Encore, rysował do magazynu Fantastyka, czy współtworzył scenografię do "Przygód Pana Kleksa w Kosmosie". I wyszło to grze zdecydowanie na dobre. Epickie i dość mroczne grafiki, są moim zdaniem najlepsze z wszystkich edycji Talismana jakie widziałem. Nawet czwarta edycja, wydana przez słynące z niezwykłego przywiązania do szczegółów Fantasy Flight Games, nie wygląda tak dobrze jak nasza polska wersja sprzed lat.

Magia i Miecz | Plansza | Druga edycja / Talisman
Plansza do gry - na górze 2. edycja Magii i Miecza / na dole 4. edycja Talismana

Podstawka wyszła w dwóch edycjach, poznać można ją głównie po pudełku i planszy: w pierwszej było twarde pudełko i twarda plansza (tzw. puzzle), a w drugiej trochę mniej twarde pudełko ze smokiem na okładce i zupełnie miękka płachta z planszą. Kilka lat później ze względu na brak zainteresowania samego Games Workshop, Sfera nie dostała przedłużenia licencji, więc wydała swoją "autorską" wersję gry, czyli Magiczny Miecz. Brzmi jak tania podróba ze Stadionu Dziesięciolecia? ;) Niesłusznie. Generalnie grałem może kilka razy u kuzyna - jeżeli ktoś znał zasady oryginalnej wersji, to nie trzeba było w zasadzie czytać instrukcji. A grało się też całkiem fajnie.

Magia i Miecz | Magiczny Miecz | pudełka
Pudełka kolejnych edycji od lewej: Pierwsza edycja MiM, druga edycja MiM, Magiczny Miecz

Rozgrywka 

Schemat oryginalnej Magii i Miecza jest dość prosty: za pomocą jednego z wylosowanych bohaterów (Poszukiwaczy) trzeba przejść na sam środek planszy, do Korony Władzy i z jej pomocą (najczęściej zdalnie) wykończyć pozostałych graczy. No dobrze, nie jest to Chińczyk, ale każdy średnio-ogarnięty gimbus powinien dać sobie radę. Po drodze przez krainy Zewnętrzną, Środkową i Wewnętrzną walczymy z napotkanymi wrogami, zdobywamy przedmioty, przyjaciół, czary... ogólnie dopakowujemy naszego Poszukiwacza. To w wersji podstawowej, z kolejnymi dodatkami doszło jeszcze mnóstwo innych opcji. Ale cel jest zawsze mniej więcej ten sam - dojść na środek i last man standing. I dosłownie - zdarzało się, że na polu Korony Władzy praliśmy się ze znajomymi w dwójkę lub trójkę na raz.

Magia i Miecz | Plansza - Korona Władzy
Pojedynek na Koronie Władzy z alternatywnym zakończeniem... Korony Władzy :)

Dodatki do Magii i Miecza

Oprócz podstawki Sfera wypuściła jeszcze kilka dodatków, które znacznie rozwijały możliwości wersji podstawowej. I czas rozgrywki.

Magia i Miecz | Podziemia - pudełkoPodziemia wprowadzały dodatkową planszę, nowych bohaterów, przygody, czary i karty "Podziemia" oraz alternatywne zakończenia, które zastępują Koronę Władzy. Wejście do Podziemi jest ukryte wśród kart Przygód, więc pojawia się losowo. Jak się okazuje Podziemia są świetnym skrótem do Korony Władzy - jeżeli przejdziecie je całe i wyrzucicie 6tkę trafiacie automatycznie na środek. Nam zdarzyło się to w jednej z rozgrywek 3 razy. Pod rząd. Także warto poszlajać się po zakurzonych korytarzach.

Magia i Miecz | Miasto - pudełkoKolejnym z dodatków było Miasto. Wiadomo, wielkomiejski blichtr, wóda, dziwki i lasery (ok, te ostatnie dopiero w następnym dodatku). Mamy tutaj nową planszę, bohaterów, karty ekwipunku, przygody i karty "Miasto". W mieście można było szybko się dopakować, zebrać kupę kasy dosłownie leżącej na ulicach ("Znalazłeś dwa mieszki złota"), zdobyć dodatkową profesję, ale równie szybko można było stracić cały ekwipunek i złoto, trafić do pierdla lub w ostateczności zostać ubitym przez jednego z wyjątkowo upierdliwych miejskich potworów.

Magia i Miecz | W Kosmicznej Otchłani - pudełkoW Kosmicznej Otchłani przenosiło nas w klimaty Sci-Fi. W zasadzie można powiedzieć, że to dodatek mocno inspirowany Warhammerem 40K: Kosmiczny Komandos wygląda jak Space Marine z lat 80tych, a Astropaci nawigują w świecie WH40K statkami Imperium. Do tego dość dziwna plansza i przegięty ekwipunek - chociażby kultowy dla fanów imperialnych komisarzy chainsword (piłomiecz jakoś nie brzmi). Oprócz tego cała masa kosmitów jako przeciwnicy.

Magia i Miecz | Jaskinia - pudełko
Jaskinia była jedynym w pełni opracowanym przez Polaków ze Sfery dodatkiem i nie była robiona na licencji z Talismana. Niestety była również najbardziej skomplikowanym i przegiętym dodatkiem. Poruszanie w Jaskini, o ile nie posiadało się wysokiej mocy, było mocno losowe. Poszukiwacze których dostajemy do dyspozycji są albo przepakowani (z Jasnowidzem mogącym ignorować prawie wszystko na czele) albo totalnie niegrywalni (Morlock, który na świeżym powietrzu traci co rundę punkt wytrzymałości). Poza tym w Jaskini mieszkały potwory na sterydach - także nie dosyć że nietrudno było obskoczyć srogie wpierdy, to jeszcze ciężko było się stamtąd ewakuować. Chyba, że ktoś już był dość mocny, ale wtedy bez sensu było tam ślęczeć.

Magia i Miecz | Smoki - pudełkoOstatnim dodatkiem do wersji Sfery były Smoki. Nie dostaniemy tutaj w przeciwieństwie do poprzednich rozszerzeń planszy - nie ma zatem również pasujących do niej nowego rodzaju kart "Smoki". Dostajemy "tylko" czterech nowych bohaterów i karty przygody z różnymi "smoczymi" gadżetami. Duża część jest mocno dopakowana, ale z drugiej strony przeciwnicy z tego dodatku też do ułomków nie należą. Może poza Królem Smoków, którego możemy alternatywnie posadzić na środku planszy zamiast Korony Władzy. W stosunku do Jaskini, karty z tego dodatku, chociaż równie mocno nasterydowane, nie są aż tak przegięte i nie zaburzają rozgrywki w przeciwieństwie do kilku rozwiązań z powyższego dodatku. Szkoda, że nie było jednak dodatkowej krainy smoków ;)

Opowieść o bohaterach magicznych krain, pomimo upływu czasu, trwa nadal. Kilka lat temu, Fantasy Flight Games, wydała już czwartą edycję Talismana. Na polskim rynku jest dostępna pod tytułem Talisman: Magia i Miecz. Czyli ewidentnie ktoś próbuje się podpiąć pod magię (i miecz?) klasyka ;) Oprócz pierwszego obiegu, stare edycje trzymają się wyśmienicie na Allegro - za pierwsze wydanie (to z sztywną planszą) trzeba zapłacić przeważnie około 150-200zł! Oprócz tego powstała masa nieoficjalnych dodatków: dodatkowi bohaterowie, dodatkowe karty czy nawet całe plansze.

Nie można tego tytułu nie znać, jeżeli lubi się planszówki. Niektórzy jego mechanikę kochają, niektórzy nienawidzą, ale mało kto pozostaje obojętny. Jest ona na tyle uniwersalna, że ostatnio FFG wypuścił na niej grę planszową ze świata Warhammera 40 000 - Relic. Prostota sprawia, że oprócz hardcore'owych planszówkowców można pograć z bardziej casualowymi znajomymi. Przy piwku również ;)

Jeżeli nie macie szczęścia posiadać którejś z pierwszych edycji, lub nie uda się Wam nabyć za sensowną kasę na Allegro, spokojnie możecie sięgnąć po aktualne czwarte wydanie Talismana. Mnie FFG jeszcze jak dotąd nie zawiodło. Szukacie prezentu na gwiazdkę dla potomstwa swojego lub nieswojego? Możecie brać podstawkę w ciemno - włożycie najzajebistrzy prezent pod choinkę w te święta.

Jeżeli z sentymentu bądź zaciekawienia chcecie poczytać jeszcze więcej na temat starej edycji MiM, to polecamy dużo bardziej obszerny artykuł na portal.strategie.net.pl. Znajdziecie tam plansze, karty i w zasadzie wszystko co wyczerpuje ten temat.

wtorek, 3 grudnia 2013

Grand Prix American IPA z browaru Ciechan

Grand Prix American India Pale Ale
Piwo w stylu American IPA, górnej fermentacji, niepasteryzowane
Producent: Browar Ciechan
Ekstrakt 15,5% wag., alk. 5,4% obj.
Cena: 7,25zł (piwoteka.pl)
Skład: woda, słody: Pilzneński, Pszeniczny, Monachijski, Karmelowy 120 EBC; chmiele: Magnum, Columbus, Citra, Amarillo, Centennial; drożdże.

Druga obok Golden Monka premiera ubiegłego weekendu, pojawiła się dość znienacka. Piwo uwarzone w browarze Ciechan przez piwowara domowego Czesława Dziełaka, trafiło do sklepów bez wielkiego szumu. Tak, tego samego Czesława Dziełaka, który wygrał konkurs piw domowych na Festiwalu Birofilia w Żywcu - jego Brackie Imperial IPA będzie miało premierę 06.12. Swoją drogą w niektórych Tesco już pra premierę miało, bo poszło na półki wcześniej (w Łodzi niestety nie strzelili takiego babola). Natomiast American IPA Czesława wygrało Warszawski Konkurs Piw Domowych i zostało uwarzone w browarze w Ciechanowie.

Na pierwszy rzut oka Grand Prix przypomina mocno etykietą niemieckiego pilsa. Nasi zachodni sąsiedzi też mają umiłowanie do czarnych literek elegancką czcionką na równie eleganckim białym tle. I do tego złote akcenty. Obawiam się jednak, że przeciętny miłośnik piw regionalnych może z półki sam go nie wziąć. Chyba, że wie co bierze. Bardzo popieram natomiast prezentację podpisu piwowara, fajny akcent, który jeszcze bardziej podbija "personalizację" tego piwa.


Już po otworzeniu w pokoju zaczyna intensywnie pachnieć tropikami. Po głębszym niuchu mamy tutaj głównie owoce tropikalne i żywiczny chmiel. Pachnie jak połączenie świeżo pokrojonego mango, ananasa i papai posypanej dopiero co wyjętej z pudełka Citry w granulkach. Aromat absolutnie fantastyczny! Piana na piwie trzyma się nieźle, ładnie krążkuje, ale mogłaby być odrobinę obfitsza. W kolorze zdecydowana miodowa barwa, IPA raczej w stronę tych jaśniejszych.

Smak jest równie powalający co zapach: przede wszystkim tropikalne owoce, lekka żywica i przyjemnie dopełniająca wszystko cytrusowa goryczka. Podbudowa ze słodów jest odpowiednia, więc Grand Prix jest fantastycznie ułożonym piwem, nie jest w żaden sposób przegięte czy zapychające. Chce się brać łyka za łykiem i niestety szkło osusza się w zastraszającym tempie. I od razu chce się sięgnąć po drugą butelkę.

Ocena: 5/5

Nie mam uwag :) Grand Prix American IPA jest absolutnie zniewalająca, pijalna jak jasna cholera i pachnie jak by cały dział owoców tropikalnych w markecie przyszedł, wziął worek amerykańskiego chmielu i strzelił Was nim prosto przez łeb! Jedna z najciekawszych premier roku, jeżeli znajdziecie gdzieś na półce, bierzcie od razu kilka, bo na jednym się nie skończy. A że w sklepach się skończy szybko, jestem przekonany. Jeżeli Ciechan wprowadzi to piwo do seryjnej produkcji, to inne AIPA na rynku będą miały problem, żeby mnie do siebie ponownie przekonać.

Po tym co pokazał Czesław Dziełak w Ciechanowie, nie mogę się doczekać Imperiala z Cieszyna. Ale poprzeczkę ma Brackie Imperial IPA zawieszoną niesamowicie wysoko.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Golden Monk z AleBrowaru


Golden Monk
Golden Monk | AleBrowar | butelkaPiwo w stylu Saison IPA, górnej fermentacji, niepasteryzowane
Producent: AleBrowar
Ekstrakt 18° Blg, alk. 7,2% obj. IBU 60
Cena: 8,30zł (piwoteka.pl)
Skład: woda, słody: pale ale, pszeniczny, Abbey, melanoidynowy, zakwaszający; chmiele: Citra, Palisade, Willamette, Centennial; cukier Candy Sugar Dark; drożdże Safbrew T-58.

O (nie do końca) dziesiątym piwie z AleBrowaru było już głośno przed samą premierą. Głównie za sprawą kontrowersyjnej etykiety. Projekt dla Golden Monka, przygotowała jak zwykle agencja Ostecx Ctrative. Tym razem chciano pojechać odwrotnie, była etykieta i postanowiono do niej dorobić piwo. Na rysunku mnich, który trzyma X mającego symbolizować 10te piwo z browaru (jak dobrze by policzyć to nijak nie wychodzi, że jest dziesiąte). Pierwotnie na X znalazło się w środku kółko, które zdaniem wielu symbolizowało monstrancję. W sumie trzeba przyznać, podobieństwo było ewidentne. Po fali oburzenia, która przetoczyła się przez piwny (i nie tylko) internet chłopaki z AleBrowaru postanowił po prostu usunąć sporne kółko. Reakcja spoko, widać, że chcą się promować piwem, a nie kontrowersją, dla samej kontrowersji. Chociaż dla mnie święte oburzenie i gromy, które posypały się na AleBrowarową ekipę były mocno na wyrost. Poza tym, pomijając kontrowersje, które mnie personalnie nie dotknęły, ogólnie etykieta Golden Monka mnie nie podchodzi. Jest jedną ze słabszych w całym dorobku browaru i projektantów.

Dalej było też trochę pod górkę, bo jak mówi legenda, psikusa spłatały AleBrowarowi drożdże. Miało być Abbey IPA, a finalnie Golden Monk to Saison IPA. Trochę mam wrażenie, że coś odrobinę nie poszło, więc dorabiamy teorię do tego co mamy i puszczamy tak czy inaczej. I tym sposobem piwo pod etykietę, ma zmienianą etykietę pod piwo. Raging Bitch z Flying Doga jest też IPAem na "belgijskich" drożdżach i jakoś Saison im nie wyszedł.

Golden Monk | AleBrowar

Jak widać na etykiecie Złoty Mnich jest łysy i tutaj piwo znakomicie to oddaje. Piana utrzymuje się żenująco krótko i redukuje do prawie kompletnego zera. Zostaje przez chwilę biała aureola jak u Mnicha, ale i ta przenosi się za chwilę do Krainy Wiecznych Łowów (zaraz, to poprzednie piwo AleBrowaru). Pachnie faktycznie dość wiejsko, jest stajnia, jest odrobina cytrusów z amerykańskich chmieli, a po ogrzaniu wyłazi nieco alkohol (ale piwo w końcu swój woltaż ma). Czyli ja by ktoś schował w belgijskiej stajni trochę cytrynówki. W smaku czuć nieco słodyczy, ale szybko przechodzi ona w lekko męczącą kwaśność i mało wyrazistą goryczkę. Niby 60 IBU, ale gubi się ona gdzieś w tej całej dzikiej stajenności belgijskiej wsi, którą zaserwowały nam niepokorne drożdże T-58. Po kilku łykach czuć również właściwości rozgrzewające Mnicha. Ogólnie w zimny dzień pije się przyjemnie, szczypanie w język poprawia nieco odświeżający efekt, ale kończąc jedną, nie mam ochoty otworzyć kolejnej butelki.

Ocena: 3,5/5

No cóż, mnie nie powala w żaden sposób. Ma na to pewnie wpływ fakt, że nie jestem fanem biegania do stajni i wąchania koni po ich derkach. Aromatów chmielowych jest w Golden Monku jak na lekarstwo, a niestety mam czasami wrażenie, że ja pakowałbym chmiel nawet do bigosu, szarlotki i lodów waniliowych. I trochę jednak spodziewałem się po tym piwie właśnie czegoś bardziej w stronę wspomnianej wcześniej Raging Bitch. Jeżeli natomiast mocno lubicie belgijskie klimaty czy smakowało Wam Ce n'est pas IPA z Pinty, to pewnie i Golden Monk Wam zasmakuje. Ja zabieram się za drugą premierę weekendu, czyli Grand Prix z Ciechana.

czwartek, 28 listopada 2013

Warzenie piwa w domu z zacieraniem słodu

Domowe piwo warzyłem już kilka razy, ale do tej pory wszystko szło z gotowych ekstraktów. Dopiero niedawno zdecydowałem się na warzenie z zacieraniem. Trochę czasu zajęło zebranie się do tego tematu, głównie z uwagi na konieczność skompletowania sprzętu. Największym wydatkiem jest garnek o pojemności przynajmniej 20 litrów. Takie garnki kosztują ponad 100 zł. Na szczęście udało mi się dostać używany w prezencie :)

Co potrzeba do uwarzenia piwa?

Oprócz garnka do zacierania potrzebny (ponad to co potrzebne do warzenia piwa z ekstraktów) jest też:
  • Sprzęt filtracyjny - najlepiej kupić wężyk hydrauliczny ze stalowym oplotem i wyjąć z niego gumę ze środka. Długość około 50 cm, średnica przyłącza taka jak średnica kranika (zazwyczaj 3/4 cala)
  • Rurka do zlewania piwa + zacisk na kranik - ja kupiłem rurkę plastikową z Castoramy, ale chyba lepiej zainwestować w rurkę silikonową (z plastiku mogą przechodzić jakieś świństwa)
  • Cukromierz - przy warzeniu piwa z ekstraktu nie jest wymagany. Przy zacieraniu jest niezbędny (na etapie filtracji)
  • Termometr do 100 st C - do warzenia z ekstraktu wystarczył tylko taki do 50 stopni - tylko żeby sprawdzić temperaturę brzeczki przed dodaniem drożdży
  • Płyn lugola - konieczny do przeprowadzenia próby skrobiowej - żeby sprawdzić, czy w zacierze nie ma już skrobi.
Teraz sam proces warzenia piwa - tu nie będę się rozpisywał na temat podstaw i teorii. Jest wiele materiałów na ten temat, chociażby na tej stronie, czy na videoblogu Kopyra. Napiszę tylko o tym, co ważne jest dla początkującego piwowara.

Na początek czas - cały proces od wsypania słodu do nastawienia fermentacji trwa około 6-8 godzin. Należy to wziąć pod uwagę, żeby później nie siedzieć po nocy czekając aż brzeczka ostygnie. Można ewentualnie zaryzykować pozostawienie brzeczki na noc do ostygnięcia, ale im dłużej się z nią bawimy, tym większe ryzyko zakażenia.

Etap pierwszy - zacieranie słodu

To jest najprostszy i najbardziej przyjemny etap całego procesu. Postępujemy sobie według instrukcji z zestawu, podgrzewamy zacier do określonych temperatur, pilnujemy, żeby nie ostygł. Z punktu widzenia początkującego piwowara powiem tylko, że łatwiej jest podgrzać całość niż ją schłodzić, dlatego warto podnosić temperaturę stopniowo.

Zacier od razu po wsypaniu słodów
 

No i przy ostatniej przerwie scukrzającej - dekstrynującej (72 st.) w zacierze nie pozostała mi już żadna skrobia - wszystko zostało przerobione w przerwie maltozowej (62 st.). Przerwa maltozowa trwała u mnie 35 minut, ale widocznie enzymy działają też w trakcie podgrzewania do 62 stopni i później do 72, więc przerwa maltozowa w rezultacie była dłuższa. Akurat robiłem pszeniczniaka, więc przerwa dekstrynująca jest raczej niepotrzebna (odpowiada za treściwość i słodycz w piwie).

Zacieranie

Etap drugi - filtracja

Fitrowanie też jest dosyć przyjemnym procesem. Zbiornik fermentacyjny wyposażyłem wewnątrz w wężyk z oplotu i na zewnątrz w rurkę do ściekania zacieru do garnka.

Wężyk do filtrowania zacieru

Zacier przelewałem kubkiem uważnie, żeby go za bardzo nie napowietrzyć.

Po przelaniu należy odczekać z 10-15 minut, żeby z młóta utworzyła się warstwa filtracyjna. Później delikatnie otwieramy kurek. Pierwszy litr jest dosyć mętny, warto go z powrotem przelać do filtratu.

Pierwsza partia przefiltrowanego zacieru
Filtrowanie

Pierwsza partia przefiltrowanego zacieru jest najbardziej gęsta - dochodzi do 18-20 st Blg przy docelowej wartości brzeczki na poziomie 13 stopni. Gdy poziom wody dojdzie do młóta (lepiej, żeby młóto się nie odsłoniło), na wierzchu kładziemy talerzyk i dolewamy gorącej (ok 70 st) wody. Ile? To zależy od stężenia cukru w brzeczce. Ja mierzyłem stężenie co 3 dolane litry. Powoli schodziło z około 16 stopni do 3 Blg. W sumie do wysładzania użyłem około 16 litrów wody.



Nie powinniśmy schodzić poniżej 2 stopni Blg, bo później wypłukujemy już tylko garbniki (według Kopyra).

Stężenie cukru pod koniec filtrowania

Na koniec należy też sprawdzić stężenie cukru w odfiltrowanym zacierze. Powinno być o około 2 stopnie niższe niż w docelowej brzeczce (podczas gotowania część wody odparuje).

Etap trzeci - gotowanie brzeczki z chmielem

To też prosty proces. Chociaż dosyć czasochłonny. Najpierw trzeba doprowadzić brzeczkę do wrzenia, co przy 20 litrach może potrwać ponad pół godziny (na dwóch palnikach).

Później gotujemy całość ok 1,5 h dodając partie chmielu według zaleceń z pudełka. Na tym etapie możemy też poeksperymentować - na przykład kupując więcej chmielu aromatycznego i dodając go pod koniec gotowania (nawet na 5 minut przed końcem).

Nachmielanie

Etap czwarty - wystudzanie

To jest według mnie najgorszy etap, ponieważ tu już musimy uważać na sterylność brzeczki i wszystkich narzędzi. Poza tym, szczególnie latem trudno jest schłodzić 20 litrów płynu ze stu do około 20 stopni C. Moja brzeczka stygła na balkonie (ok 6 stopni) przez 2 godziny. Teoretycznie można chłodzić brzeczkę w wannie z wodą, ale po pierwsze, bez cyrkulacji wody jest to proces mało efektywny (nagrzewa się głównie woda dookoła garnka, reszta jest zimna). Po drugie, im mniejsza różnica temperatur tym wolniej przekazywane jest ciepło. Teoretycznie można spróbować przelać brzeczkę do fermentora i poczekać całą noc aż sama ostygnie w pokojowej temperaturze. Można też kupić lub zbudować chłodnicę składającą się z zakręconych miedzianych rurek, do których podłączamy wodę z kranu.

Aha, no i można/powinno się odfiltrować chmiel. Przy tej warce tego nie zrobiłem i piwo w butelkach zawiera drobinki chmielu. Mi to nie przeszkadza, ale niektórym może. Niestety kolejne filtrowanie wydłuża proces warzenia i zwiększa ryzyko zakażenia piwa (tu działamy już na zimnej brzeczce).

Etap piąty - zadawanie drożdży

Końcówka jest już prosta, chociaż wymaga ostrożności - sterylizowania wszystkich narzędzi. Brzeczkę z garnka przelałem kubkiem gdy temperatura spadła poniżej 30 stopni. Później dodałem wcześniej wymieszanych w wodzie drożdży. Rano fermentowały już jak oszalałe.

Brzeczka po 4 dniach ma około 4 stopnie Blg

Wołek Zbożowy z Browaru Piwoteka

Piwo dark lager, dolnej fermentacji, niepasteryzowane
Producent: Browar Piwoteka
Ekstrakt 14° Blg, alk. 5,4% obj.
Cena: 11zł (piwoteka.pl)
Skład: woda, słody: pale ale, monachijski, wędzony, pszeniczny wędzony, orkiszowy, gryczany, żytni, owsiany, pszeniczny czekoladowy, Carared, Caraaroma, bursztynowy; chmiele: Fuggles, East Kent Goldings, drożdże piwowarskie.

Nowe piwo Browaru Piwoteka wzięło mnie z zaskoczenia jak wołek zbożowy nieopryskaną pszenicę. Dostaliśmy na fanpage'u etykietę i prawie od razu info, kiedy trafi na półki i krany. Niestety w premierowy weekend już z beczki nie udało mi się dostać (wyszło zanim dotarłem), a sklep piwoteka.pl był zamknięty gdy wracałem. Na szczęście nauczony doświadczeniem z butelkowym Czarnym Wdowcem, zamówiłem sobie trzy sztuki w sklepie internetowym i odebrałem przy okazji.

Na etykiecie tradycyjnie już centralnie położona postać z napisem nad głową. Tym razem stroniący od fryzjera, za to nie stroniący od konsumpcji zboża, przaśny grubasek. Do tego sielskie łany jęczmienia. Kontretykieta solidnie opisana, ale poza fajnym rysunkiem całość bez fajerwerków.


W szkle piwo wygląda jak negatyw Wołka na etykiecie, zwłaszcza w pękatym szkle. Bujna czupryna z drobno- i średnio-pęcherzykowej beżowej piany dopełnia ciemne i raczej mętne piwo z rubinowymi refleksami. Pachnie lekką czekoladą i orzechami, ale jest to bardzo ulotny zapach. Beżowy kożuszek nie jest później może już tak obfity, ale trzyma się nieźle i ładnie oblepia szkło.

Smak jest bardzo złożony. Na ilość słodów którą zastosowano, można by się spodziewać, że piwo będzie dość zapychające. Nic z tych rzeczy - wchodzi znakomicie. Podbudowa słodowa jest konkretna, ale bardzo dobrze balansuje ją intensywna, ale nie zalegająca goryczka. Wyczuwalne są karmel, czekolada, orzechy, lekka wędzonka i odrobina cierpkości od ciemniejszych słodów.

Ocena: 4/5

Po kopiącym tyłek Czarnym Wdowcu, Browar Piwoteka postawił na super-sesyjne piwo, które pomimo swojej pijalności mocno intryguje. Szczerze powiedziawszy po użytych wędzonych słodach spodziewałem się jakiejś wędzonki (dawać kiełbasę w płynie! :D), ale przyjemnego ciemniaczka również przywitałem z radością. Mniej cieszył się co prawda mój portfel, bo 11zł za Wołka Zbożowego w butelce to trochę dużo. Piwo tak sesyjne nie powinno być aż tak drogie, w zasadzie do spróbowania i tyle. Ja wziąłem trzy, dwóch już nie ma. Natomiast na posiadówę w Piwotece Narodowej jest świetne. A dodatkowym plusem jest to, że będzie z dużą dozą prawdopodobieństwa smakowało również waszym znajomym, którzy witów sritów czy ip srip na co dzień nie pijają.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Multitapy dają zbyt duży wybór piw. To jest jawny skandal!

Co za dużo to i świnia nie zje. Ani nie wypije! W stolicy śmie się znajdować nie mający wstydu lokal mający 60 kranów! Piw Paw odwiedziła reporterka magazynu Activist. I o zgrozo, zastała taki oto widok.


I co tu biedna miała począć. Gdy człowiek wchodzi do normalnego pubu, to ma do wyboru przeważnie góra dwa piwa z nalewaka i przeważnie wie, co to jest Lech albo Żywiec. A tu na ścianie 60 kranów, wiszą jakieś etykiety, które pierwszy raz w życiu widzi.

Na domiar złego obok straszy równie bogaty wybór piwa butelkowego w lodówce. "Liczba jest tak oszałamiająca, że w pierwszej chwili każdy klient chce uciekać". Dwóch chłopaków wybiega przerażonych "Żywca nie ma!" (dramatyzm sytuacji został podkręcony).


Zdezorientowana reporterka poprosiła zatem o "#piwo jasne i delikatne", a dostała "coś przypominającego smakiem karmi." Nie jasne i delikatne, bo jeszcze jakiś smak może się tam nie daj boże uchować. Trzeba było prosić o wodniste i bezsmakowe. Ja osobiście polecam Jasne Aro z Van Pura, jest i lekkie i delikatne i kompletnie bezsmakowe. A jeżeli się zamawia piwo z hashtagami, można przez przypadek dostać #Mashtaga z BrewDoga. Dziwi mnie, że w artykule nie wspomina się słowem o skandalicznej cenie soku do piwa -15 zł?! Toż to rozbój w biały dzień!

Co do samego Piw Paw, faktycznie można narzekać, bo zawsze można. Że są nastawieni dość mocno na bierz piwo do domu i spadaj (na wynos mniej kosztuje niż na miejscu). Że nie szerzą kultury piwnej - jeden rodzaj szkła, ta sama temperatura serwowania itp. Ale w lokalach szerzących kulturę piwną też zdarza mi się dostać za zimne piwo. Że stolików jest dość mało, ale do Piw Paw trafiliśmy z kumplem, bo do Kufli i Kapsli jednego człowieka było ciężko wcisnąć, a co dopiero dwóch. WC bez miękkiego papieru w zupełności mi nie przeszkadza, a w koedukacyjnej kolejce zawsze zawiera się ciekawe znajomości. I swoją drogą bardzo jestem ciekaw jakim cudem te 60 podłączonych piw pozostaje świeżych. Piłem 4 piwa na miejscu, dość niekomercyjne (czyli szybko nie schodzą) i nie trafiłem na żadne oznaki zepsucia.

Sam nie twierdzę, że jest to lokal idealny, ale tak szczerze to wolę mieć do wyboru 150 piw nawet na wynos 24/7 w dobrej lokalizacji, niż lokal z perfekcyjnie zaserwowanym korposzczochem. Jakkolwiek klimatyczny by nie był (drewnianych palet i 10 zameldowań na minutę nie zaliczam jako klimat). Są oczywiście lokale, które dają i dobre piwo i klimat, tylko czasami nie chce mi się czekać w kolejce 20 min na piwo, które i tak wypiję na stojąco, bo nie ma gdzie szpilki w lokalu wsadzić. Nie mam też problemu z wypiciem piwa, które mam ochotę wypić, w lokalu bez klimatu i ze szklanki typu lagerowa, jeżeli dostanę je zaraz po podejściu do baru. Taki fast beer ;) A przede wszystkim chcę mieć wybór!


Drogi magazynie Activist, zastanówcie się kogo wysyłacie na obczajkę multitapów. Wiemy, że piwo nie jest popularne, nie jest sexy, nie jest kolejnym hipsterofritzocoloyerbo napojem. I nie jest wbrew pozorom łatwe w odbiorze. Jak już musie kogoś wysyłać, to nie dziewczynę, która głównie zwróciła uwagę na to, że nie ma tam Tyskiego. Bo równie dobrze możecie ją wysłać do dowolnej burgerowni i napisze Wam artykuł o tym, jak nie dostała w niej Big Maca.

P.S. Żywiec podobno też się zdarza w lodówkach Piw Paw. Tylko nikt nikogo nie zmusza, żeby go brał. Ma jeszcze jakieś 149 innych piw DO WYBORU.

P.S.2 I ciekaw jestem, co smakowało tam jak Karmi ;)

 
Blog jest wyłącznie dla osób pełnoletnich. Czy masz skończone 18 lat?

TAK NIE
Oceń blog