wtorek, 24 września 2013

Czarny Wdowiec z Browaru Piwoteka

Czarny Wdowiec
Styl: american dry stout
Producent: Browar Piwoteka
Ekstrakt 12,5%, alk. 4,9% obj.
Cena: 8zł małe /10zł duże (Piwoteka Narodowa)
Skład: woda; słody: pale ale, pilzneński, monachijski, Biscuit, Carared, palony, czekoladowy, pszeniczny czekoladowy, palony jęczmień; chmiele: Target, Chinook, Simcoe; drożdże: Danstar Nottingham, ekstrakt chmielowy.
Goryczka: 97 IBU

Premiera drugiego piwa z Browaru Piwoteka była już zapowiadana dość długo. Najpierw teasowali ciemność (czarne zdjęcie w tle) - akurat to w przypadku głównego piwowara, czyli Marcina Chmielarza z portery.pl, nie powinno dziwić :) Później poszły amerykańskie chmiele (na zdjęciu Simcoe i Chinook) i trochę zasypu (słód jęczmienny palony i czekoladowy, palony jęczmień, słód pszeniczny czekoladowy). Było również making of etykiety, zgadywanie nazwy i gotowe etykiety.

Kilka dni później komunikat prawie jak z telezakupów Mango - zamów już teraz, bo zaraz nie będzie. Ale odporny na zagrywki z zakresu marketingu sprzedaży stwierdziłem, że przecież im się nie skończy od razu w sklepie.

Nooooo, to się przeliczyłem. Wdowiec w wersji butelkowej ze sklepu wyszedł po 5 dniach od premiery. Na szczęście mieszka człowiek w Łodzi, to można chociaż skoczyć na lane do Piwoteki Narodowej.

Z założenia Czarny Wdowiec jest dry stoutem mocno chmielonym amerykańskim chmielem. Czyli tym razem Łódź rzuca rękawicę w wyścigu o najwyższą goryczkę w Polsce. Może być ciekawie, bo palone słody i jęczmień oraz wytrawny charakter pewnie jeszcze podbiją odczucie z samego chmielu. Zakładane było ponad 100 IBU (nawet w granicach 120), ale dociągnięto ponoć tylko do poziomu 97. Ojcowie posypują głowę popiołem (tutaj niewykluczone, że dosłownie) i obiecują, że następnym razem jeszcze bardziej dopełnią czarę goryczą.

Wypada też napisać słowo o samej etykiecie: projekt moim zdaniem świetny, wyborny szkic, kolorystyka zdecydowanie lepsza niż przy Miedzianej Dziewicy. Pomysł ośmio-kończynowego wiktoriańskiego dżentelmena jako nawiązanie do zabójczego pająka kupuję bez uwag. Kontretykieta ponoć już jest (Dziewica miała wszystko z przodu), ale na żywo nie widziałem, więc ciężko mi powiedzieć czy jest ok czy nie. O skład musiałem bezpośrednio dopytać browar, ale miłe, że na FB odpisują ;)


Nalany Czarny Wdowiec prezentuje się równie elegancko jak jegomość na etykiecie. Piwo jest czarne i prawie nieprzejrzyste, chociaż pod światło brunatne refleksy widać. Dość drobna piana w kolorze kawy z mlekiem trzyma się poprawnie. Nie posiada natomiast ani jednej pary odnóży lub cylindra.

W zapachu subtelnie i nienachalnie - ciemna czekolada, kawa, odrobina paloności. Gdzieś tam we mgle majaczą cytrusowo-ziołowe nuty chmielu zza wielkiej wody.

I tutaj koniec subtelności. Po pierwszym łyku goryczka wręcz powala. Jest jak kombos wyprowadzony z wszystkich 8 kończyn Wdowca, poprawiony eleganckim strzałem z laseczki i odgachem z cygara. W sumie, jak dla mnie bomba! :D Oprócz żywiczno-ściągającej goryczki, po chwilowym ogrzaniu dochodzi jeszcze gorzka czekolada (tak na oko 95% kakao) i popiół. Piwo jest zdecydowanie wytrawne, co jeszcze potęguje wrażenia z picia, bo nie ma tu nic, co mogło by nam tą oszałamiającą gorycz osłodzić. Zdecydowany plus, że mimo pierwszego odczucia goryczka nie jest tępa (chociaż jest długo zalegająca), a pomimo wyraźnej paloności, nie sprawia wrażenia jak byśmy wylizywali popielniczkę. Przy tak intensywnych doznaniach, nie da się wypić dwóch 0,5l z rzędu (tzn. pewnie można, ale lepiej zrobić chwilę przerwy na coś innego). Żeby nie było, że to jest tylko przegięty eksperyment - jest to ogólnie bardzo smaczny stout.

Ocena: 4,25/5

Nie oszukujmy się, Czarny Wdowiec to nie piwo dla każdego. Wrażenia, których dostarcza są mocno ekstremalne. To piwo jest czarne jak najgłębsze czeluście rozpaczy i gorzkie jak wasza najgorsza w życiu porażka. Spróbujcie dać do spróbowania komuś, kto twierdzi, że Atak Chmielu albo Rowing Jack jest za gorzki - mina delikwenta będzie bezcenna.

Po dość zachowawczej Miedzianej Dziewicy, Browar Piwoteka pokazał, że potrafi pojechać po bandzie i uwarzyć coś na prawdę wyjątkowego, a jednocześnie smacznego. Zapewniam Was, że wrażenia są nieporównywalne z żadnym piwem jakie do tej pory piłem - goryczka z Wdowca zjada Sharka na śniadanie. Zdecydowanie polecam spróbować, ale ostrzegam, it's not for pussies ;)

wtorek, 10 września 2013

Easy Rider z browaru Nomad

Easy Rider
Piwo w stylu american pale ale, górnej fermentacji, niefiltrowane, chmielone na zimno
Producent: browar Nomad
Ekstrakt 12%, alk. 4,8% obj.
Cena: około 10,70zł (+0,50zł kaucja) (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słody: pilzneński, monachijski i karmelowy; chmiele: Chinook, Willamette, Cascade, drożdże

Dzisiaj na warsztacie jedno z sztandarowych piw od latającego piwowara. O Easy Riderze nasłuchałem się już dość dużo dobrego, ale były też kiepskie opinie o zepsutym piwie przed końcem przydatności. Najwyraźniej nie tylko nasze browary rzemieślnicze mają problemy z utrzymaniem wysokiej formy we wszystkich warkach. Mnie ostatnio nowa warka AK-47 z Nomada wyjechała w 1/3 z butelki robiąc niezły bałagan w kuchni. Ale nie o tym miało być ;)

Z zewnątrz jest poprawnie, ale szału nie ma, czyli w sumie jak na większości nomadzkich butelek. Etykieta poprawna, nawiązująca do amerykańskiego charakteru piwa. A co może być bardziej amerykańskiego od red, white and blue plus gwiazdki? ;) Swoją drogą bez gwiazdek to również kolory flagi czeskiej. Nazwa też całkiem spoko, zapowiada, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Piwo opisane nieźle, szkoda że nie podają składu chmieli (jest tylko info, że używają mieszanki amerykańskich). Informacja ta jest natomiast podana na stronie browaru. Jako ciekawostka: na RateBier podane są też inne chmiele, których tutaj nie ma w składzie - czeski Premiant i amerykański Glacier. Nie wiem czy to kwestia zmiany w recepturze, czy źle podany skład, ale zakładam, że to pierwsze.


Po wyjęciu z lodówki, zanim odbezpieczyłem zauważyłem jeszcze na dnie dość niepokojący osad. Dość dziwne, bo piwo miało jeszcze ze dwa miesiące przydatności. Odstawiłem na chwilę, żeby się lekko ogrzało i farfocle usiadły na dnie butelki. I jazda!

Po wjechaniu do szklanki (niestety z częścią farfocli, czy jak kto woli fafrunów), ukazuje nam się średnia piana, dość szybko opadająca do małego kożuszka. W kolorze pomarańczowe, lekko opalizujące, widać trochę zieleniny z chmielenia na zimno i niestety trochę osadu (ale ten grzecznie opada na dno).

Zapach przesadnie nie powala, czuć odrobinkę cytrusów, ale jest też niepokojąca kwaśna nuta i odrobinę diacetylu. Ale jak na APA i to dość świeżą wersję (na tyle świeże na ile może być piwo jadące z Czech) to zapachem jestem zdecydowanie rozczarowany.

Po pierwszym łyku na szczęście nie wyczułem żeby było zepsute. W smaku piwo jest dość lekkie idące w stronę lekko wodnistego, chociaż lekka karmelowość też jest. Goryczka wyczuwalna, przyjemne połączenie ziołowości i cierpkości grapefruita. Ale jak wszystko w Easy Riderze, na kolana nie powala. Bardzo dobra jest za to pijalność, piwo można opróżniać duszkiem. Tylko trochę szkoda to robić ;) Na koniec wychodzi z niego nieco kwaśności i znowu nie wiem czy tak miało być, czy nie. Ale nie przeszkadza to jakoś dramatycznie w piciu.

Ocena: 3/5

Easy Rider, jak nazwa dobitnie wskazuje, to piwo bardzo łatwe w odbiorze. Pije się je dość szybko, jest fajnie, ale jeżeli spodziewacie się jakiś zniewalających wrażeń, to zdecydowanie nie tutaj. A szkoda, bo za tą kasę można znaleźć już coś ciekawszego na półkach. Nawet coś z Nomada, zdecydowanie bardziej polecam AK-47 - na czeskim chmielu, a zaskakująco o wiele ciekawsze.

I trochę martwi mnie też, czy znajdziecie piwo w dobrym stanie. Butelka w sklepie stała w lodówce, a kupiłem zaraz po dostawie. W domu stał ze dwa dni w temperaturze pokojowej i też poszedł siedzieć do lodówki. A jednak jakiś dziwny osad tam pływał i trochę zalatywało kwasiurem.

Podobnie było z wypitym wcześniej AK-47. Zepsuty nie był, bo smakował i pachniał tak samo jak ten, który recenzowałem wcześniej, ale był tak przegazowany, że prawie mi wybił dziurę w suficie i dostałem objętość 0,33l do wypicia (resztę z podłogi degustuje się średnio). Miało nie być o utrzymywaniu jakości przez rzemieślników, a mimochodem jakoś zeszło na ten temat.

Niemniej jednak jeżeli znajdziecie Easy Ridera z długim terminem, nie piliście jeszcze i macie akurat wolną dychę, to wypić można. Ale jego brak w lodówce po nocach budzić Was nie będzie.

poniedziałek, 9 września 2013

Karawana z Bombaju z Browaru Staromiejskiego Jan Olbracht

Karawana z Bombaju
Piwo w stylu specialty ale, górnej fermentacji
Producent: Browar Staromiejski Jan Olbracht
Ekstrakt 14%, alk. 5,5% obj.
Cena: około 6,35zł (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słody: pilzneński, monachijski, melanoidynowy, cararoma®; chmiele: East Kent Goldings, Fuggles, przyprawy: świeże kłącze imbiru, drożdże Wyeast 3463 Forbidden Fruit
Receptura: Marcin Ostajewski

Ostatnio do Piwosza na Łódzkiej Retkini dojechała Karawana z Bombaju. Co prawda zahaczyła jeszcze najpierw o Browar Staromiejski Jan Olbracht w Toruniu, ale jeżeli jechali aż z Bombaju, to te parę kilometrów nie robi różnicy.

Po raz kolejny Olbracht zabrał się za warzenie w oparciu o recepturę piwowara domowego, tym razem znanego również z browaru Olimp Marcina Ostajewskiego. Pierwsza warka Prometeusza niestety była mocno wadliwa, co nie nastraja mnie przesadnie optymistycznie. Ale Dymy Olbrachta, do których również podobno przyłożył swoją rękę były już całkiem udane, dajmy więc piwu szansę. Z założenia piwo jest wzorowane na belgijskich specialty ale, tutaj solidnie doprawione świeżym imbirem. Zasadniczo przeciwko imbirowi nie mam nic przeciwko, często w różnych daniach używam. A grzane piwo z imbirem, miodem i malinami jest pierwszą rzeczą, którą posiłkuję się w przypadku przeziębienia (można też herbatą z wymienionymi składnikami, tylko po co ;)).

Nazwa fajna, oddaje orientalny charakter trunku. Etykieta całkiem spoko, olbrachtowa, grafika karawany trochę niewyraźna. Ale browar króla Jana pod tym względem trzyma poziom. Miło, że przyjęli jedną konwencję i trzymają się jej. Oprócz tego, wszystko elegancko opisane, jest nawet temperatura serwowania.


I teraz WAŻNA INFORMACJA: bezwzględnie, ale to absolutnie koniecznie trzymajcie się temperatury serwowania! Ja otworzyłem i przelałem dość schłodzone. Powąchałem... i poczułem się jak by mi ktoś kilkukilogramową torbą zleżałego imbiru przyp... z rozpędu w brzuch - aż mnie zemdliło. Tak wiem, mój błąd, dlatego grzecznie odstawiłem na chwilę żeby się ogrzało. Z wyglądu piwo jest dość ciemne jak na ale, można powiedzieć brunatne. Piana trzyma się nieźle, ale redukuje się praktycznie do zera.

Po odstawieniu na dłuży moment (ogrzało się prawie do pokojowej temperatury) wcale nie było lepiej - imbir jest przeraźliwie wyraźny. I niestety nie jest to świeżo starta wersja, ale mam wrażenie że lekko zwietrzały (przypomina trochę wersję marynowaną do sushi, ale nie do końca). Podejrzewam, że nie uniknie się tego efektu jeżeli dodaje się go do piwa przy produkcji. Czuć tam może gdzieś subtelne nuty ale'a, ale całą finezję tego piwa zabija nachalna przyprawa.

Smakuje podobnie jak pachnie, jest zapychające i mdlące. Goryczki praktycznie nie ma, cała ziołowość jak dla mnie pochodzi z imbiru. Z resztą sam browar chwali się, że piwo ma niezauważalną goryczkę - potwierdzam, nie zauważyłem. Poza tym nie trudno jej się ukryć, bo imbir jest niesamowicie krzykliwy i niezbalansowany. Kolejne łyki brałem z wielkim poświęceniem, po 2/3 butelki stwierdziłem jednak "za jakie grzechy" i darowałem sobie.

Ocena: 2,5/5

Nie mówię, że jest to piwo złe czy wadliwe, może jest nawet ciekawe, ale Karawana przyjechała totalnie nie z mojej bajki. Uprzedzam, nie lubię pierników, wszelkie mocno słodkie korzenne wynalazki też się w moim przypadku nie sprawdzają. Nie jest to piwo subtelne, ale pewnie i o to chodziło. Jeżeli potraficie zjeść na raz słoik imbiru do sushi, albo kroicie go świeżego na kanapki z dżemem to jest to zdecydowanie piwo dla Was. Ja zostanę przy IPAch srIPAch ;)

Mnie niestety została jeszcze jedna butelka i zastanawiam się co mam z nią zrobić. Oddam darmo, ale jak coś to ostrzegałem.

środa, 28 sierpnia 2013

Williams Red z William Bros. Brewing Co.


Williams Red
Piwo w stylu ale, górnej fermentacji, pasteryzowane
Producent: browar Williams Bros.
Ekstraktu nie podano, alk. 4,5% obj.
Cena: 10,50zł
Skład: woda, słody: lagerowy, Maris Otter, pszeniczny, owies, Vienna Malt Mulch (że łuska z wiedeńskiego?), Dark Crystal; chmiele: First Gold, Styrian Goldings, Amarillo, Cascade, Styrian; prawdopodobnie jeszcze owoce leśne (wspominają o nich, ale nie są podane w składzie) i drożdże
Goryczka: 32 IBU

Sztandarowe piwo z browaru Williams Bros, czyli Fraoch Heather Ale, sprawdzaliśmy jakoś na początku naszej przygody z tym blogiem. Piwo było ok, ale specjalnie nie powalało. Obiecaliśmy wtedy, że sprawdzimy niedługo kolejne piwo Williamsów, ale jakoś napisanie tego tekstu przeciągnęło się w nieskończoność. Piłem Red'a zaraz jakoś po Fraoch'u, ale tak dawno temu, że w końcu zapomniałem jak smakowało. Było to jeszcze przed erą nagrywania degustacji (wycwaniliśmy się trochę teraz, żeby nie musieć pisać od razu ;) ). Postanowiłem więc niedawno wrócić do niego, bo chociaż jakoś przesadnie mnie wtedy nie zachwyciło, wydało mi się bardzo przyjemne.

Ogólnie podobają mi się projekty na butelkach Williams Bros. Co prawda etykieta Williams Red jest mocno oszczędna, ale wszystko co powinno na niej się znaleźć. jest na miejscu. Wygląda na przemyślaną i nie ma się wrażenia, że zrobili ją na podstawowym narzędziu graficznym zainstalowanym na komputerach w browarze (obok Sapera i Pasjansa).


Kolor miedziany wpadający w brunatny, lekko opalizujące. Trochę to jednak czerwone nie jest, widziałem bardziej czerwone ale od tego "czerwonego ale'a". Piana nie powala, na początku średnio obfita, dość szybko opada jednak do... w zasadzie do niczego, nawet specjalnie nie "brudzi" szkła.

W zapachu czuć przede wszystkim ciasteczkowość ze słodów karmelowych i lekką nutę owocową. Nie do końca jest jasne czy w składzie są te owoce leśne, czy efekt jest wywołany przez inne składniki. Mimo to, niestety tutaj też szału nie ma. Ale nie oszukujmy się, to dość standardowy angielski ale, nawet jeżeli dorzucili trochę owoców.

Smakuje lekkim karmelem, dochodzi po kilku łykach owocowa kwaskowość. Williams Red jest raczej wytrawny, goryczka dość umiarkowana, co w połączeniu z niskim wysyceniem może powodować odczucie, że piwo jest odrobinę wodniste. Pije się je niesamowicie przyjemnie, szybko osusza się szklanicę w całości.

Ocena: 3/5

Smaczne, lekkie i sesyjne piwo, niestety cena już jest mniej lekka i sesyjna. Ogólnie jest ok, można się napić, ale nie zostaje w pamięci na dłużej (sprawdziłem sam). Jeżeli macie wziąć jakieś piwo od Williamsów to z dwóch do tej pory recenzowanych weźcie Fraocha, zawsze to jednak jakaś ciekawostka bez chmielu, na wrzosie i woskownicy ;) A z tych których próbowaliśmy, a nie zdążyliśmy jeszcze opisać, na pewno Profanity Stout i Seven Giraffes.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

AK-47 Český Ale z browaru Nomad

AK-47 Český Ale
Piwo w stylu pale ale, górnej fermentacji, pasteryzowane
Producent: browar Nomad (warzone w browarze Vyškov)
Ekstrakt 11%, alk. 4,5% obj.
Cena: około 9,90zł (+0,50zł kaucja) (piwosz-sklep.pl)
Skład: woda, słody: pilzneński, karmelowy; chmiele: Angus, Kazbek; drożdże
Goryczka: 47 IBU

Kolejne piwo od latającego piwowara zza południowej granicy, tym razem Kałach od Nomada. AK-47 to ale chmielony wyłącznie dwoma odmianami czeskiego chmielu. AK bo chmielone Angusem i Kazbekiem, 47 bo tyle ma IBU (chociaż ponoć wyszło trochę więcej) oraz 4+7=11 procent ekstraktu. Miało być jeszcze 4,7% alkocholu, ale najwidoczniej drożdże spłatały psikusa i nie podołały dociągnąć do takiego woltażu. Ale idea za nazwą jak najbardziej fajna.

Etykieta bardzo oszczędna, trochę za ciemna i niewyraźna, mnie specjalnie nie przekonuje. Można by ją spokojnie machnąć w Paint'cie. Ale w sumie Kałasznikow też szczytem technologii wojennej nie jest (co innego z niezawodnością). Na etykiecie wszystko przyzwoicie opisane, szkoda, że o AK-47 nie ma ani słowa na stronie browaru (chociaż podają do niej adres).



Nie było się za bardzo co zachwycać designem zewnętrznym, więc odbezpieczyłem i puściłem seryjkę do szkła. Kolor dość jasny, można powiedzieć miodowy. Lekko opalizuje i jest trochę pływających drobinek zieleniny, zakładam, że było też chmielone na zimno. Piana zacna, porządnie oblepiająca szkło do samego końca.

Bardzo przyjemny, żywiczny aromat chmielu, jest też lekkie masło. Gdybym wąchał w ciemno, powiedziałbym, że są tu również amerykańskie chmiele. Także chylę czoła, przed użytymi czeskimi odmianami, bo zapach może nie powala intensywnością, ale jest mocno interesujący.

W smaku lekki, ale jak na ten ekstrakt jest bardzo dobrze podbudowane. Dochodzi do tego bardzo przyjemna owocowość, przechodząca w wyraźną goryczkę. Piwo wchodzi niesamowicie szybko, świetnie gasi pragnienie. Umiarkowane wysycenie zdecydowanie w tym pomaga. Akurat musiałem zaraz potem wychodzić z domu, i stwierdzam, że gdybym musiał, można by wypić je jeszcze szybciej. Na szczęście miałem jeszcze chwilę na podziwianie uroków czeskich chmieli.

Ocena: 4/5

AK-47 Český Ale to niesamowicie lekki i sesyjny, ale wyraziście nachmielony ale (przede wszystkim na aromat). Wchodzi szybko jak seryjka z Kałacha i ma się ochotę od razu przeładować i puścić drugą seryjkę. Niestety tutaj pojawia się jeden problem - cena ma się nijak do ceny popularnej konstrukcji zasilającej w siłę ognia większość konfliktów trzeciego świata. Za 9,90zł (plus kaucja) można znaleźć u nas cięższe działa, które potrafią zdecydowanie bardziej urwać dupę (lub inne części ciała, zależy gdzie celować). Poza istotnym mankamentem cenowym, piwo receptury latającego piwowara orzeźwia tak samo niezawodnie jak konstrukcja radzieckiego generała wynosi kolejnych watażków na szczyty władzy. Zdecydowanie warto spróbować jeżeli gdzieś na nie traficie.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Prometeusz z Browaru Olimp

Prometeusz
Piwo w stylu P.I.P.A. (Polish India Pale Ale), górnej fermentacji, filtrowane, niepasteryzowane
Producent: Browar Olimp (warzone w Browarze Krajan)
Ekstrakt 14,1%, alk. 5,5% obj.
Cena: około 6,40zł (+0,50zł kaucja)
Skład: woda z własnego ujęcia Browaru Krajan, słody: pale ale, bursztynowy, karmelowy 150, chmiele: Marynka, Sybilla, Lubelski, Iunga, drożdże Safale US-05
Goryczka: 64 IBU

Gryglas

"Bogowie już warzą na Olimpie" dało się słyszeć kilkanaście tygodni temu w zapowiedziach nowej inicjatywy kontraktowej czyli Browaru Olimp. Była relacja z warzenia, były teasowane etykiety, była zapowiedź, że w butelkach euro. Profil na fejsie elegancko zaprosił mnie nawet na premierę. Co prawda było słychać głosy, że panowie na Olimpie nie do końca są zadowoleni z efektów swojego dzieła stworzenia, ale może tak narzekali żeby powiedzieć, że może być lepiej.

Piwo zakupiłem o dziwo w osiedlowym sklepiku. Jest dobrze zaopatrzony, ale piwne premiery dojeżdżają raczej kilka dni po. Stąd moje zaskoczenie, gdy zostałem poinformowany, że piwo jest już na miejscu i oficjalna premiera jutro. Przychodzę nazajutrz, wita mnie plakat na drzwiach, półka ugina się pod ilością butelek. Logistycznie - jestem bardzo na tak. Wziąłem aż trzy euroflachy.

Butelka euro wygląda na pewno oryginalnie, piwowarzy domowi docenią możliwość osobistego recyclingu, bo gruba i wytrzymała. Etykieta mnie już tak bardzo nie zachwyca. Projekt logo bardzo mi się podoba, projekt "produktowej" części etykiety, czyli Prometeusza znośny, natomiast dobór kolorów woła o pomstę do nieba (lub pomstę do Uranosa jeżeli trzymać się konwencji mitologicznej). Wygląda jak pokolorowane farbami przez dziecko, które już zużyło wszystkie ciekawe kolory na malowanie po ścianach. Kontra bardzo przyzwoita, opisane zwięźle i na temat, pokazane również szkło do degustacji i temperatura picia.


Otworzyłem i powąchałem z butelki - to był mój błąd. Pachniało jak by ktoś zapakował ze trzy kostki masła w skarpetkę i strzelił mnie prosto w pysk. No nic, lekko zamroczony przelałem do szkła, trochę to pomogło. Doszedł lekki DMS i nuty karmelowe. Chmielu pod innymi zapachami, szukać tu trzeba ze świecą - może właśnie po niego poszedł Prometeusz na etykiecie.

Z wrażenia prawie zapomniałem o pianie i kolorze - tutaj akurat jest nieźle: miedziany kolor piwa i przyzwoicie trzymająca się piana, ładnie krążkuje do końca.

W smaku jest już nieco lepiej, ale masło nadal psuje przyjemność z picia. Całość jest dość treściwa, przypomina odrobinę chlebowość Ataku Chmielu. Goryczka jest natomiast potężna i nieułożona. Nie mam nic przeciwko znęcaniu się nad moimi kubkami smakowymi wyraźną goryczą, ale ta jest przesadnie zalegająca i dość jednowymiarowa. Na koniec staje się męcząca.

Ocena: 2,5/5

Rozumiem trochę frustrację niektórych osób, które potężnie się zawiodły Prometeuszem. Po tak rozdmuchanej akcji promocyjnej, "pierwsze szeroko dostępne piwo w stylu Polish India Pale Ale" zawodzi po calaku. Po pierwsze wadami. Tak, wiem, że browar uprzedzał o tym w różnych kanałach, ale umówmy się, przy takiej dostępności w sklepach nie każdy na tą informację trafi i przeciętna reakcja będzie raczej w mało pochlebnym tonie ("co to k***a jest?!"). Po drugie piwo nie pachnie w ogóle chmielem, co przy takim, a nie innym doborze stylu jest poważnym minusem. Mnie osobiście nie pasuje też zbytnio zalegająca goryczka. Może to sugerować, że przesadne chmielenie polskimi chmielami będzie wywoływało nieprzyjemny efekt ściągający (chociaż np. w Misiu aż taki natarczywy nie był). Nie lepiej jednak spróbować zrobić dobre Polish Pale Ale? Do Indii to pływać nie musi.

Ogólnie wypiłem wszystkie trzy butelki, nie jest to piwo do wylania do zlewu. Do masła można się po chwili przyzwyczaić (zwłaszcza przy nutach chlebowych w smaku ;) ). Pomijając ewidentne uchybienia, to piwo ma potencjał, tylko jest na razie mocno niedopracowane. Miś od Widawy/Kopyra smakował mi zdecydowanie bardziej, mam nadzieję, że i Prometeusz może smakować podobnie.

Na razie żółta kartka i ostrzeżenie: Bogowie Olimpijscy, jak mi jeszcze raz odwalicie taką kichę, to doniosę komu trzeba. A spotkania z Kratosem, jak widać na załączonym obrazku, dla bogów kończą się wyjątkowo kiepsko. Nie chciałbym tego robić, więc do roboty!

wtorek, 13 sierpnia 2013

Krakauer Stout z Browaru Południe

Krakauer Stout
Piwo w stylu stout (a w zasadzie ciemy lager), dolne fermentacji, niefiltrowane
Producent: Browar Południe
Ekstrakt 13%, alk. 5,5% obj.
Cena: około 4,50zł
Skład: woda, słód, chmiel, drożdże dolnej fermentacji (tak, dolnej :))

Za recenzję Krakauera Stautu zabierałem się jak przysłowiowa sójka za wycieczkę zamorską. Jako tak było cały czas nie po drodze. Piwa owego wypiłem już dość dużo i mały spoiler... smakuje mi. Ale żeby nie uprzedzać faktów zacznijmy od początku.

Autorem oryginalnej receptury jest Andrzej Sadownik, były prezes PSPD, obecnie redaktor naczelny "Piwowara". W założeniu miało być to piwo górnej fermentacji i przez dość długi czas ponoć było. Obecnie jest to dość dziwny stout, bo potraktowany dolnofermentacyjnymi drożdżami. Nie będę się tutaj przesadnie rozpisywał czy to jeszcze stout, czy już nie, polecam natomiast całkiem fajny artykuł na ten temat na portery.pl

Zajmijmy się samym piwem. Design etykiety nad wyraz przyzwoity, żeby nie powiedzieć dobry. Dużo tutaj robi czarny kolor, bo pozostałe Krakauery już ani nie zachwycają, ani przesadnie się na półce nie wyróżniają na tle Krakowiaków, Rześkich czy innych Pysznych. Etykiety trochę odłażą, jak widać na załączonym obrazku. Jednak już chyba wolę jak mi etykieta odchodzi i można butelkę do rozlewu własnego piwa potem wykorzystać, niż gdy trzyma się jak "Pucek nogi Mikołaja" u Pinty.


Jeżeli uznajemy Krakauera za ciemnego lagera, to jest to mega czarny lager. Piwo jest nieprzejrzyste, smoliste, tylko pod mocne światło widać w nim brunatne refleksy. Piana nie powala, raczej średniej wielkości pęcherzyki, ale krążkuje do samego końca.

Krakauer Stout pachnie przede wszystkim gorzką czekoladą, jest też trochę palonej kawy. W smaku w sumie to samo co i w zapachu: bardzo przyjemna gorzka czekolada, kwaskowość od palonych słodów i dość wyraźna, ale nie przytłumiająca całości goryczka. Jak na (nie)stouta, moim zdaniem wysycenie jest zdecydowanie za wysokie i nieodpowiednio nalane potrafi "rosnąć" w ustach. Jest to dość irytujące i przeszkadza w piciu. Jeżeli jednak przelać je na kilka razy i odpowiednio wygazować, pije się bardzo dobrze. 

Ocena: 3,75/5

Trzeba przyznać, że piwo jest po prostu smaczne. Odkładając na bok dywagacje, czy jest ono stoutem, czy też nie, można się go napić z przyjemnością, zwłaszcza, że i cena nie rujnuje. Nie ukrywam zatem, że jest to jedno z częściej kupowanych przeze mnie "piw regionalnych". Jeżeli najdzie Was ochota na przyzwoitego ciemniaka, a wybór w sklepie nie powala, to spokojnie możecie Krakauera Stouta brać. W ciemno ;)

 
Blog jest wyłącznie dla osób pełnoletnich. Czy masz skończone 18 lat?

TAK NIE
Oceń blog